Stubbornly Absent – Szymborska ma głos! RECENZJA
Grudzień 15, 2016
M. Gutowski – „Trójka z dżemem. Palce lizać!” RECENZJA
Styczeń 7, 2017

Kwiaty we włosach potargał wiatr, ale kochać trzeba mieć kogo i ideały, o które walczyć warto też. Jeśli do tego żyło się w latach 60. XX wieku, to niechybnie należało się do ówczesnej kontrkultury. Zjawiska, które do dziś rozpala wyobraźnię i skłania do przemyśleń.

Lata 60. XX wieku to ciekawy czas we współczesnej historii. Moment oddechu po II wojnie światowej i mozolnej odbudowie, wzrost zamożności społeczeństw, mnóstwo nowości technologicznych i odkryć naukowych, loty w kosmos i lądowanie na Księżycu, wojna w Wietnamie, rewolucja seksualna i wiele wiele więcej. Połączcie to z tymczasowym zmierzchem rządów konserwatystów, wybuchem rock’n’rolla, spódniczkami mini i obyczajowym zawrotem głowy spowodowanym przez Beatlesów, Stonesów i im podobnych. Prawda, że brzmi ciekawie? Nic dziwnego, że to w tej dekadzie narodziła się kontrkultura. Zjawisko i będący jego owocem hippisi, cały czas są obiektem fascynacji, a „lato miłości 1967” do dziś wspominane jest jako jedno z bardziej niesamowitych zjawisk kulturalno-społecznych w naszej historii.

O samym tle społecznym tamtych czasów można by napisać niejedną rozprawę, najważniejsze jest jednak, że to właśnie wtedy doszło do głosu pokolenie urodzone tuż po wojnie, albo pod jej koniec. Nie doświadczyło okrucieństwa walk i bombardowań, albo niewiele z tego czasu pamięta. Nie mogło więc zrozumieć rodziców, dla których najważniejsza była stabilizacja, pewna praca i przysłowiowa ciepła woda w kranie. Oni chcieli zmieniać świat, kształtować go na nowo, burzyć zastane reguły i buntować się przeciwko kolejnym bezsensownym wojnom. Do tego doszła nowa, świeża muzyka, jednoznacznie utożsamiana z buntem – rock’n’roll. Elvis, Beatlesi, Stonesi, The Animals, Jefferson Airplane czy niedługo później Jimi Hendrix, Janis Joplin, Joe Cocker, Carlos Santana. To również czas pierwszych sukcesów tegorocznego noblisty – Boba Dylana. Plejada osobowości i geniuszy, które łączy to, że były inspiracją dla młodzieży.

Wraz z rock’n’rollem przyszedł określony styl życia – bunt, kontestacja, zainteresowanie transcendencją, kulturą i religiami wschodu, psychodelia, używki lżejsze i cięższe, wolna miłość. Totalne przewartościowanie i nowy świat, który dla pokolenia 40-latków był katastrofą i ziszczeniem koszmarów o Sodomii i Gomorze. Apogeum zjawiska to wspomniane „lato miłości 1967”, którego sercem było San Francisco i słynna hippisowska dzielnica Haight-Ashbury.

Fenomen tych czasów starają się oddać autorzy dwóch wydanych niedawno w Polsce książek: Jerzy Jarniewicz i jego „All You Need Is Love. Sceny z życia kontrkultury” oraz Piotr Szarota, autor tomu „Londyn 1967”. I doskonale pokazują, z jak bogatym w treści i interpretacje zjawiskiem mamy do czynienia. Podczas gdy Jarniewicz próbuje podejść do tematu na nieco większym poziomie ogólności i z zacięciem lekko socjologicznym, Szarota opisuje tylko jedno miasto, z pozycji obserwatora wydarzeń tylko z jednego roku. Objętość tej książki, ale i mnogość gwiazd, które w ciągu tych 12 miesięcy przewijają się przez Londyn dowodzą z jak niezwykłymi czasami mamy do czynienia.

Autorzy obu tytułów płynnie przemieszczają się między tematyką muzyczną, literacką, społeczną czy nawet naukową. Nie może być inaczej, bo bez żadnego z tych składników kontrkultura nie byłaby kontrkulturą i nie zapisałaby się w masowej świadomości. Nie byłoby doskonałego „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” Beatlesów bez magicznego wpływu LSD. Tego z kolei nie byłoby bez pewnego szalonego dentysty, który pewnego dnia poczęstował nim Lennona i Harrisona, jak też bez Timothy’ego Leary’ego i Aldousa Huxleya, którzy niezmordowanie promowali LSD jako cudowny środek na wszystkie bolączki ludzkości. Wszystko się łączy, przenika, by wydać na świat zaskakujące i oburzające często owoce. Musical „Hair”, który miał być w gruncie rzeczy dość prostą emanacją hippisowskiego stylu życia, urósł do rangi symbolu i legendy, utrwalonej potem przez film Milosa Formana o tym samym tytule. Kontrkultura zachwyca bogactwem bodźców, pomysłów i obrazoburczych dokonań. Ma też jednak i momenty mniej chwalebne.

Zachwycamy się dziś często komunami hippisowskimi. Ich naturalnością, brakiem skrępowania, nieprzywiązywaniem uwagi do rzeczy materialnych i współdzieleniem wszystkiego, włącznie z partnerami seksualnymi. Jak pisze Jarniewicz, urzeczony tym obrazem George Harrison wybrał się w 1967 do San Francisco, do osławionej Haight-Ashbury. To, co tam zobaczył, kazało mu szybko wracać do Wielkiej Brytanii. Tłumy pijanych, naćpanych nastolatków próbujących szukać drugiego dna w swoim mózgu i przy okazji myślących, że tworzą właśnie przełomowe społeczeństwo, wolne od trosk całego świata – to było zbyt dużo nawet dla liberalnie nastawionego Beatlesa, zagłębiającego się coraz bardziej w hinduizm i kulturę wschodu.

Jak każde zjawisko, tak i to, od szczytnych ideałów prowadzić musiało prędzej czy później do wypaczeń. Szybko się okazało, że komuny nie są wolne od problemów trapiących też „żyjących normalnie”. Zaczęły się pierwsze konflikty i nieporozumienia, część osób zaczęła tracić zdrowie wskutek nadużywania narkotyków. Momentem krytycznym dla całego środowiska był legendarny festiwal Woodstock w 1969 – wielkie wydarzenie, które przeszło do historii nie tylko dzięki występom artystów, ale też dzięki atmosferze wytworzonej przez niezmierzony tłum uczestników. Prawdopodobnie nie było tam ani jednej trzeźwej osoby, a wszyscy doświadczali niezwykłych duchowych uniesień dzięki natchnionym występom Carlosa Santany czy Joe Cockera. Festiwal-legenda, który już nigdy się nie powtórzył  w takiej formie. Również dlatego, że skończyła się dekada lat 60. Zarówno kalendarzowo, jak i symbolicznie. Lata 70. to zmierzch kontrkultury i zmierzch kolorowego entuzjazmu rewolucyjnej młodzieży.

Hippisi i kontrkultura to jednak nie tylko wolna miłość, używki i rock’n’roll. To też powszechny bunt przeciwko wojnom i przemocy jako takiej. Do historii przeszła chociażby akcja masowego niszczenia kart mobilizacyjnych na wojnę w Wietnamie (echa tego wydarzenia można zobaczyć w „Hair” Formana) i zyskujące na popularności protest songi. O ile taki Woody Guthrie nie wpisał się jeszcze w kulturę popularną, o tyle Bob Dylan stał się nie tylko idolem, ale też guru, z którego zdaniem się liczono. W powszechnej pamięci to właśnie on zapisał się jako twórca pierwszych znaczących protest songów. Jednym wielkim protest songiem była też gloryfikacja miłości – make love not war, to hasło, które zna każdy. I tak, ono też było stworzone przez tych wiecznie pijanych, naćpanych i rozpasanych hippisów. Do dziś żywy jest spór o pryncypia. Czy lepiej samemu niszczyć swoje zdrowie przy pomocy używek, ale żyć w zgodzie z przekonaniami i nie szkodzić innym, czy być wzorowym obywatelem, który staje na straży własnego kraju gdy zajdzie potrzeba, ale jednocześnie niszczy życie mieszkańcom kraju, który najeżdża?

Oczywistym jest, że żadna z omawianych książek nie wyczerpuje tematu – są to tak naprawdę jedynie wprowadzenia i zagajenia, z których dużo możemy się dowiedzieć, a potem jeszcze więcej chcieć dowiedzieć się z innych źródeł. Książka Jarniewicza stanowi pewnego rodzaju podsumowanie i syntezę – niezwykle ciekawe, pokazujące zjawisko z wielu stron. Jarniewicz w swych esejach próbuje też prowokować i sugerować, że nie wszystko jest takie, jak nam się wydaje. Choćby słynne „All You Need Is Love” – utarło się, że to hymn pochwalny miłości, pacyfizmu i kultury dzieci-kwiatów. Przekonanie wzmocnione jest też faktem, że premierowe wykonanie piosenki odbyło się podczas pierwszej w historii telewizji transmisji live na cały świat. Jarniewicz proponuje, by dobrze wsłuchać się w sens słów śpiewanych przez Lennona. Czy aby słyszymy to, co myślimy, że słyszymy?Czy tak naprawdę Lennon w cyniczny sposób nie dekonstruuje całego mitu hippisowskiego? Takich smaczków mamy więcej i choćby dla nich warto sięgnąć po tę książkę. Odświeża spojrzenie i skłania do refleksji, a przy tym jest pisana przez prawdziwego znawcę tematu i autentycznego pasjonata.

„Londyn 1967” to natomiast propozycja bardziej z gatunku kronikarskich. Miesiąc po miesiącu śledzimy wydarzenia w stolicy Wielkiej Brytanii, wśród których nie brakuje skandali, wszczynanych zazwyczaj przez gwiazdy. Dzięki drobiazgowości Szaroty możemy też dowiedzieć się, jak wielki wpływ na kulturę tamtego czasu miały przypadkowe często spotkania. A to ktoś przedstawił kogoś Paulowi McCartneyowi, a to John Lennon odwiedził przypadkiem galerię Yoko Ono.  Z tych spotkań rodziły się często pomysły i fascynacje, które zmieniały bieg historii popkultury. Piotr Szarota prowadzi swój wywód w sposób tak przejrzysty i logiczny, że z niecierpliwością czeka się na kolejne smaczki. Ciekawość tego, co wydarzy się w kolejnym miesiącu, kto kogo spotka i zainspiruje (przypominam, mówimy tylko o Londynie!) jest silniejsza od zmęczenia i innych obowiązków. Książka wciąga i aż prosi się o więcej.

Dwie książki, to dużo czasu poświęconego na czytanie i tyle samo do zagospodarowania muzycznie. Trudno wskazać tutaj jakiegoś konkretnego wykonawcę czy album. Mówimy o zbyt obfitej w przełomowe dzieła epoce. Oprócz oczywistości typu „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” Beatlesów, czy płyt Janis Joplin warto przestudiować też dostępne na YouTube nagrania z Woodstock 1969, wśród których wyróżniają się Joe Cocker, Carlos Santana czy najbardziej hippisowska z hippisowskich kapel – Jefferson Airplane i ich nieśmiertelny przebój „Somebody to Love”.

Choć popularnością cieszyła się krótko, kontrkultura zdążyła wydać na świat wiele wspaniałych dzieci. I to nie tylko z epoki – ciekawe ilu z Was zastanowiło się nad wątkami kontrkulturowymi w „Przystanku Alaska”? No właśnie. Zachęcam Was do odkrywania tego świata. Ja na pewno nie poprzestanę na tych dwóch książkach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *