Premiery tygodnia. Odcinek 14 – 17-23 kwietnia
Kwiecień 16, 2017
Premiery tygodnia. Odcinek 15 – 24-30 kwietnia
Kwiecień 23, 2017

Spowiedź chuligana – co robię, gdy nie piszę

Wydawać by się mogło, że bloger to nic innego w życiu nie robi, tylko pisze, robi zdjęcia i nagrywa filmy. Content sam się przecież nie zrobi, fejsbuki, instagramy i snapchaty same nie zakwitną od followersów. Robić trzeba, panie, robić. Każdy jednak zna też chyba uczucie, gdy zabrać się za robotę jest szczególnie trudno, a do rangi absolutnej konieczności urastają pierdoły, którymi normalnie byśmy sobie nie zawracali głowy. Czasem trafią się też rzeczy naprawdę ważne.

Co zatem może robić bloger, gdy akurat nie pisze kolejnych wielce błyskotliwych tekstów i nie produkuje niezwykle angażującego contentu na social media? No cóż, jest tego trochę – oto moja prywatna lista rzeczy, które warto zrobić, gdy akurat pisać się nie chce.

PRACA

Niewielu jest szczęśliwców, którzy mogą utrzymywać się z pisania bloga i ja do nich też (póki co!) nie należę. Życie ciężkie jest, rachunki trzeba płacić, do jedzenia też czasem coś przydałoby się kupić. Gdy reklamodawcy nie pchają się do nas drzwiami i oknami, pozostaje znalezienie sobie pracy. To naprawdę skuteczny sposób na odciągnięcie się od pisania. 8 godzin dziennie orki w open space, nieustanne ASAPY i deadline’y potrafią wycisnąć ostatnie soki z nawet najbardziej żywotnego przedstawiciela ludzkiego gatunku. Pół biedy, jeśli ktoś znajdzie sobie pracę w jakiś sposób z pisaniem związaną. Przy odrobinie szczęścia znajdzie wtedy chwilę albo dwie, żeby jakieś szkice tekstów blogowych popełnić też w pracy (ale naturalnie na własne ryzyko! Nie odpowiadam za ewentualne pretensje Waszych szefów). Gorzej, gdy na pisanie nie ma czasu, bo spotkania, narady, niekończące się telefony. Głowa rośnie wtedy do rozmiarów solidnej dyni, mózg się gotuje, a po powrocie do domu wcale nie jest lepiej. Zanim taki pracownik doprowadzi się z powrotem do stanu używalności zazwyczaj musi już się kłaść spać, żeby od rana móc znów w pełni oddać się ASAPOM. Każdy tekst napisany w takich warunkach powinien być nagradzany co najmniej oklaskami!

CZYTANIE

W przypadku blogera książkowego rzecz niby oczywista. Trzeba najpierw coś przeczytać, żeby potem móc o tym napisać. No chyba, że jesteś pozerem, który ściąga z Internetu okładki książek i opisy do nich, dodaje do tego trochę swoich fantazji i skondensowanych opinii o książce z Internetu. Zakładamy jednak wersję pro – bloger, żeby napisać jeden tekst, potrzebuje zazwyczaj co najmniej kilku dni przygotowań. Czytanie książek, zbieranie o nich informacji, notowanie przemyśleń. Wszystko to pochłania masę czasu. Gdy dodamy do tego jeszcze czynnik pod tytułem PRACA, to może się okazać, że pisanie bloger pozostawia duchowi świętemu. Inaczej się nie da wytłumaczyć jego aktywności. Ja mam to do siebie, że zazwyczaj czytam jeszcze więcej niż powinienem. Do zestawu książek obowiązkowych dochodzą też gazety, liczne portale internetowe i ulotki z pobliskich sklepów. Nie jest łatwo się w tym wszystkim połapać, a co dopiero zakończyć ten ciąg nieszczęść jakimś sensownym tekstem.

GOTOWANIE

Widzę Was!

Aby teksty były mądre, ciekawe, interesujące i inteligentne (więcej przymiotników dodajcie wedle uznania), mózg blogera musi pracować na najwyższych obrotach. To z kolei jest niemożliwe bez odpowiedniej diety. Mózg, któremu brakuje podstawowych składników odżywczych, nie będzie nigdy tak produktywny jak mózg dobrze odżywiony. Dlatego tak ważne jest, żeby pamiętać o właściwym odżywianiu się. Gotowanie po pracy może być przez niektórych traktowane jako element dochodzenia do siebie po biurowej orce, jednak dla niektórych będzie to element jeszcze bardziej męczący. Pół biedy, gdy można przywieźć smaczne obiadki od mamusi – wtedy mamy pewność, że to i zdrowe będzie, i bogate w witaminy i mikroelementy, a dodatkowo zaoszczędzimy jeszcze pieniądze, które można potem wydać na książki. W życiu każdego blogera przychodzi jednak moment, kiedy rodziciele mówią stop – jak chcesz dalej pisać, to pisz, ale gotuj sobie sam. I tu zaczyna się tragedia. Czas poświęcony na przygotowywanie posiłków można by z powodzeniem wykorzystać na pisanie. Zamiast tego trzeba stać przy garach, pilnować by nic się nie przypaliło, a potem jeszcze zmywać. Każdy, kto próbował kiedy pisać palcami namokniętymi wodą i płynem do zmywania, ten wie co to za mordęga. Jest jeszcze inna opcja, niestety nie dotycząca mnie. Gdy ktoś rozgościł się w open space na tyle, że przeskoczył już kilka szczebelków w korporacyjnej hierarchii, to rośnie prawdopodobieństwo, że stać go na ostatni krzyk mody wśród „młodych, wykształconych, z dużych ośrodków miejskich” czyli dietę pudełkową. Ten cudowny wynalazek nie tylko sprawi, że w Waszym życiu nie zabraknie już nigdy żadnego mikroelementu, ale dodatkowo będziecie mogli całkowicie poświęcić się pisaniu, nie martwiąc się wilgotnymi palcami.

GŁASKANIE ZWIERZĄT

Wydawałoby się, że to takie nic, błahostka wręcz. Tymczasem bloger mający zwierzę w domu, mnóstwo wolnego czasu musi poświęcić właśnie jemu. Nie wspominam o takich prozaicznych czynnościach jak karmienie, sprzątanie czy wyprowadzanie. To jeszcze przy odrobinie szczęścia pozwoliłoby blogerowi na złapanie oddechu i dystansu do tworzonego właśnie arcydzieła. Ale zwierzaki, potwory te, najwięcej uwagi wymagają właśnie wtedy, gdy bloger akurat przed komputerem zasiądzie, zwarty i gotowy do pisania. Kot wskoczy na kolana, ogonem posmyra po nosie, a potem przedefiluje po klawiaturze dodając niezwykle interesujący akapit do tekstu. Pies, nie doczekawszy się należytej uwagi, będzie podgryzał kostki, ciągnął za nogawki, albo będzie oplątywał smyczą nasz fotel, żeby potem jednym zgrabnym szarpnięciem go przewrócić. Wcale lepiej nie wygląda sytuacja blogera słoikowego, który co jakiś czas zmierza do domu rodzinnego po nowe zapasy. Czekające tam zwierzęta są jeszcze bardziej spragnione uwagi i miłości i za nic mają tłumaczenie, że „ja przyjechałem tu tylko po obiad i napisać w końcu jakiś tekst”. Nie ma lekko.

SPANIE

Wydawać by się mogło, że czynność prozaiczna i niewymagająca pochylania się nad nią. Tymczasem sen dla blogera jest jak ziemia obiecana, jak długo wyczekiwany urlop, w trakcie którego mamy nadzieję w końcu wypocząć, a ten kończy się nim się na dobre zaczął. Wyspany bloger, to szczęśliwy bloger, tryskający energią i pomysłami, zdolny zawstydzić nawet Łukasza Jakóbiaka (ale pamiętajcie, że nawet człowiek wyspany nie powinien przesadzać z wizualizacją). Prawdziwy dramat zaczyna się natomiast wtedy, gdy nałożą się na siebie wszystkie powyższe czynniki i bloger nie ma już czasu na nic, na spanie tym bardziej. Doba bez snu jeszcze jakoś przejdzie – najwyżej w pracy włączymy tryb zombie, posymulujemy pracę, a potem w domu w półśnie zasiądziemy do komputera. Taki chwilowy brak snu potrafi być fascynująco stymulujący i w takim stanie bloger jest czasem zdolny napisać tekst życia. Gorzej, gdy taka sytuacja się przedłuża. Mózg nie kontaktuje, w pracy szef zastanawia się jak zakomunikować wiadomość o zwolnieniu, a nam i tak jest wszystko jedno, bo w bezsennym widzie zastanawiamy się tylko, o czym by tu napisać nowy tekst. To nic, że kolejne próby wyglądają jak pisane na solidnym haju. To nic.

WPATRYWANIE SIĘ W FACEBOOKA

Wiadomo, że od kilku lat ulubionym zajęciem ludzkości jest scrollowanie Facebooka aż do przysłowiowego końca Internetu. Blogerzy nie są od tego wolni, ja też nie. Przeczytałem gdzieś ostatnio, że gdybyśmy zrezygnowali z social media, to mielibyśmy dziennie 4 godziny więcej czasu na inne czynności. Robi wrażenie? Pewnie, że tak, dlatego mając w perspektywie pisanie, lepiej od razu założyć sobie brak przerw na Facebooka.

Najgorzej jednak, gdy pisząc tekst, bloger nie wyłączy sobie Wi-Fi. Wtedy nawet najbardziej odważne postanowienia są na nic. Nawet zamknięcie przeglądarki jest żadną przeszkodą. Przecież zawsze można kliknąć. Tylko na chwilkę, zerknąć czy są jakieś nowe lajki pod poprzednim tekstem, albo żeby upewnić się, że inni mają w życiu gorzej. Nie dajcie się jednak zwieść. Tekst zostawiony w połowie na rzecz Facebooka, to tekst najczęściej już tego dnia niedokończony. Facebook na tyle skutecznie rozprasza myśli i wybija z rytmu, że potrzeba przynajmniej kilku godzin doprawionych zazwyczaj jeszcze solidną dawką snu, żeby na nowo móc siąść do pisania. Pamiętajcie – Facebook Wasz wróg!

SPRZĄTANIE

Jeśli powyższe czynności uważacie za mało przeszkadzające w pisaniu (a możecie tak uważać – przecież pracować nie trzeba, jest pomoc społeczna. Nie trzeba też gotować, mieć zwierząt, nie trzeba spać ani czytać, żeby móc pisać. Tiaa). Jest jednak jedna czynność, uniemożliwiająca pisanie, bez której jednak żaden szanujący się bloger nie przetrwa na rynku. Sprzątanie! Nie przetrwa bez niego żaden bloger, bo jak wiemy, to osobniki powszechnie przesiadujące w domu, nielubiące kontaktu z naturą i w związku z tym często uczulone na wszystko, nawet na swoje ubrania. W takiej sytuacji niesprzątanie prowadzić może do rychłej katastrofy, jaką niewątpliwie byłaby śmierć blogera. I to śmierć okrutna, przez uduszenie kurzowym kotem. Każdy, kto widział je w jakimś kącie, doskonale wie jak wredne potrafią być to stworzenia. Strzeżcie się kurzowych kotów!

Dalej tu jesteście? Raz, raz, odkurzcie pokój, wyłączcie fejsa, wyprowadźcie psa, zróbcie sobie obiad albo chociaż herbatę i siadajcie do pisania! Nie ma takiej przeszkodzy, która w ostatecznym rozrachunku pisanie by uniemożliwiła. Przecież tego tekstu nie napisał za mnie mój domowy chińczyk pasiony na wodzie po ryżu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *