Mario Vargas Llosa – Dzielnica występku RECENZJA
Kwiecień 25, 2017
Premiery tygodnia. Odcinek 16 – 1-7 maja
Kwiecień 30, 2017

Kamil Bałuk – Wszystkie dzieci Louisa RECENZJA

Debiutant. To brzmi dumnie, ale i zobowiązująco. Po książkowy debiut Kamila Bałuka – „Wszystkie dzieci Louisa” sięgałem pełen obaw, ale jednocześnie pełen nadziei. Dużo szumu przed premierą, ciekawy temat, umiejętnie podgrzewana atmosfera w social media – to wszystko stworzyło dla tytułu dobry klimat, ale też podnosiło oczekiwania. Autor musiał wydać po prostu dobrą książkę. Tylko i aż.

Kamil Bałuk to absolwent  Polskiej Szkoły Reportażu i stypendysta Fundacji Kapuścińskiego, szybko wchodzący do grona czołowych polskich reporterów. Publikował chociażby w Dużym Formacie i Przekroju, aż w końcu przyszedł czas na pełnoprawne autorskie wydawnictwo. Podobno Hanna Krall powiedziała mu, że w historii, którą zaproponował na książkę, nie widzi tematu. Czy słusznie w takim razie poszedł w poprzek zdania autorytetu i brnął w historię? Śmiem twierdzić, że tak.

Banki dawców nasienia to instytucje o tyle potrzebne i pomocne, co kontrowersyjne. Niezależnie od kraju i szerokości geograficznej temat sztucznej inseminacji prowokuje cały czas wiele dyskusji, choć sama metoda sztucznego zapłodnienia znana jest już od kilku dekad. Pomijając spory i dylematy natury religijnej, życia swoim obrońcom nie ułatwiają też same kliniki. Jak się okazało, w Holandii w jednej z nich dochodziło do naginania regulaminów, przekraczania norm, panował ogólny bałagan. Działo się to w klinice w Barendrechcie doktora Jana Karbaata.

Sprawa stała się głośna, gdy pewnego dnia media doniosły, że w klinice najprawdopodobniej dochodziło do dużych nieprawidłowości. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że nie był to efekt zaniedbań, ale wyglądało na celową robotę. W jej wyniku jeden z dawców spermy, tytułowy Louis, może mieć ponad 200 dzieci! Co więcej, dzieci te nie mają typowo holenderskiej urody, bo ich dawca pochodzi z Surinamu, dawnej holenderskiej kolonii. Te informacje nawet w liberalnej Holandii potrafiły wzbudzić zdumienie i konsternację. Kolejne dzieci Louisa, odnajdywane przez telewizyjne programy i organizację FIOM postanowiły się zebrać, policzyć i poznać. Zakładają grupę Facebookową, organizują cykliczne spotkania, w których często bierze też udział sam dawca. Afera z kliniką Karbaata niby powoli cichnie, ale tak naprawdę historia nie ma końca. Odnajdują się kolejne „Połówki” (tak same się nazywają, bo mają połowę wspólnych genów), sprawa cały czas żyje. I wtedy do akcji wkracza Bałuk. Rezultatem są „Wszystkie dzieci Louisa”.

Fragment książki

I trzeba mu przyznać, że wkroczył na pełnym gazie. Napisał nie tylko wciągający reportaż, ale i przy okazji doskonałą powieść z pogranicza kryminału i sensacji. Świetnie napisaną, świetnie zaprojektowaną, dynamiczną i trzymającą cały czas w napięciu. Wydaje mi się, że wymyślając strukturę swojej książki, Bałuk sięgnął trochę do warsztatu scenarzystów serialowych. Kolejne rozdziały kończą się tak, jak powinny się kończyć dobrze napisane odcinki – budują ciekawość i powodują przemożną chęć sprawdzenia co będzie dalej. Dla mnie to rozwiązanie odświeżające, choć mam też świadomość, że niektórzy czytelnicy będą odrobinę przytłoczeni nagromadzeniem takich środków. Ale jak to w sensacji – powinno być intensywnie.

Ciekawie jest też jeśli chodzi o treść. Wraz z autorem poznajemy losy kolejnych dzieci Louisa, dowiadujemy się jak funkcjonują oni i ich rodziny, jak dowiadywali się, że są dzieckiem dawcy. Poznajemy też w końcu samego Louisa. Z początku wydaje się, że to człowiek pozbawiony skrupułów, pchany do nieograniczonego rozmnażania się jakąś chorą ambicją. Tak początkowo postrzegają go też jego dzieci, które ten traktuje jak kolejne trofea, zdobycze w ewolucyjnym wyścigu na przekazywanie genów. Jednak z czasem możemy się przekonać, że tak naprawdę nic nie jest takie, jakie się z początku wydawało, a w wielu z nas Louis wzbudzi zapewne pozytywne uczucia. Bo początkowo przedstawiany jako dewiant,  z czasem okazuje się być po części ofiarą demonicznego doktora Karbaata. Niejednokrotnie zastanawiałem się, który z nich ma bardziej nierówno pod sufitem i czy tak naprawdę obaj nie są ofiarami swoich chorych wizji. Duża też w tym zasługa autora, który umiejętnie dawkuje informacje i podsyca zainteresowanie kolejnymi aspektami sprawy. Historia początkowo jednoznaczna, wraz z rozwojem opowieści przestaje taka być. Co też ważne, nikogo nie ocenia z góry. Pozwala się wypowiedzieć każdej ze stron, zestawia argumenty, konfrontuje poglądy. Nie narzuca czytelnikom jednej i niezmiennej prawdy, ale pozwala im wszystkim wybrzmieć, by każdy z nas ocenił je po swojemu. Swoboda interpretacji to coś, co naprawdę lubię.

Fragment książki

Fascynujące są też same dzieci Louisa, czyli Połówki, będące dla mnie swoistym socjologicznym fenomenem. Dzieci, które wychowywały się w różnych częściach Holandii, miały różne rodziny, nawyki i przyzwyczajenia, nagle znajdują wspólny język. Wydawać by się mogło, że łączą ich tylko więzy krwi, a szybko się okazuje, że błyskawicznie budują więź i w pewnym sensie podejmują trud zbudowania nowej, „poszerzonej” rodziny. Ze wszystkimi tego konsekwencjami, bo i między nimi zdarzają się nieporozumienia, kłótnie, a nawet wykluczenia z grona Połówek. Ich historia to też lekcja dla nas, jak łatwo to, co wydaje nam się stałe i niezmienne, czyli pojęcia rodziny, brata, siostry czy ojca, mogą ewoluować i wytwarzać zupełnie nowe znaczenia. Czasem wbrew tradycji, czasem wbrew przyzwyczajeniom. Nawet w kraju tak liberalnym (choć to też stereotyp, książka dobitnie to uświadamia) jak Holandia.

O książce Bałuka można by pisać w zasadzie w samych superlatywach i przepisywać po prostu krótkie recenzje z tylnej okładki. Naprawdę, aż się wierzyć nie chce, że to dopiero debiut. Bo jest tu wszystko, czego oczekiwać należy od rasowego reportażu. Książka precyzyjna, wciągająca, niejednoznaczna, pozostawiająca czytelnikowi duże pole do popisu przy interpretacji faktów i wydarzeń. To też reportaż z miejsca, które do tej pory polskiemu czytelnikowi było raczej mało znane. Holandia nie budziła do tej pory wśród Polaków szczególnych emocji, a jak widać, dzieją się tam rzeczy nie tylko fascynujące, ale i uniwersalne, pozwalające na refleksję każdemu z nas. To chyba dobry trop, podpatrzony chociażby u Mariusza Szczygła, który wyspecjalizował się w pisaniu o Czechach. Dzięki niemu poznaliśmy ich już dość dobrze, teraz czas na Holendrów za pośrednictwem Bałuka. Poprzeczkę zawiesił sobie piekielnie wysoko.

A co na książkę powiedziała Hanna Krall? Cytuję za Instagramem autora:

– Nie widzę w tym tematu, tak pani mówiła.

– Mówiłam. I widzi Pan, panie Kamilu: tematu nie było, a książka jest. To proszę coś mi wpisać, tylko tak miłośnie.

I tak oto Kamil Bałuk podbił serce Hanny Krall tematem, którego nie było. Myślę, że Wasze serca też podbije.

DO SŁUCHANIA:

T.Rex – Children of the Revolution

Tym razem mam dla Was tylko jeden utwór, ale za to niezwykle konkretny i adekwatny. Glam rockowe „Children of the Revolution” grupy T.Rex to dobry dodatek do książki Bałuka. Bo przecież dzieci Louisa to też dzieci pewnej rewolucji – w leczeniu niepłodności. I podobnie jak tych z utworu, nie da się ich tak łatwo oszukać i wcisnąć im kitu. Rewolucja trwa, a jej dzieci nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa!

 

Kamil Bałuk, Wszystkie dzieci Louisa, Dowody na istnienie, Warszawa 2017.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *