Jerzy Sosnowski – Fafarułej, czyli pastylki z pomarańczy RECENZJA
Maj 8, 2017
Premiery tygodnia. Odcinek 18 – 15-21 maja
Maj 14, 2017

Jakub Żulczyk – Wzgórze psów RECENZJA

Gdyby Wojciech Smarzowski pisał książki, nazywałby się Żulczyk. Jakub Żulczyk. Nie ma w tym ani grama przesady. Nie ma drugiego takiego autora, który potrafiłby tak jak on oddać to, co głęboko siedzi w Polsce i Polakach i co niechętnie wywlekamy na zewnątrz, a co jest niezbędne do zrozumienia współczesnej Polski. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze ochłonąć po szalonym „Ślepnąc od świateł”, a Żulczyk znowu daje o sobie znać! Panie i Panowie, przedstawiam „Wzgórze psów”.

Mikołaj Głowacki to 33-latek, który wiele w życiu chciałby zmienić i przeżyć od nowa. Przez kilkanaście lat żył w cieniu swojej debiutanckiej i jedynej powieści. Zdobył olbrzymią popularność i pieniądze, w końcu popadł nałóg heroinowy, z którego udało mu się wyplątać. Wszystko wskazywało na to, że wyjdzie na prostą. To jednak tylko pozory. Brak stałych dochodów i weny twórczej połączony z kryzysem branży dziennikarskiej, w której pracuje jego żona Justyna, to prosta droga do klęski. Jedynym, co w tej sytuacji mogli zrobić, to wynajęcie wziętego na kredyt mieszkania i powrót do rodzinnego miasta Mikołaja – Zyborka. By złapać oddech, a przede wszystkim, by mieć gdzie mieszkać i nie musieć za to płacić.

Taki powrót to nie jest łatwa rzecz. Zwłaszcza, że Mikołaj nie jest tam zbyt mile widziany. Albo mu się tylko tak wydaje. Wszystko przez jego książkę, w której obsmarował Zybork okrutnie, prawdę mieszając z konfabulacją i sprowadzając do miasta tabuny dziennikarzy, chcących zrobić swój materiał życia o prowincjonalnym siedlisku zła. Dodajmy do tego niełatwe relacje z rodziną: z ojcem – trzeźwiejącym alkoholikiem i przeżywającym trudny emocjonalnie moment młodszym bratem. Sytuacji na pewno nie ułatwia fakt, że tuż przed decyzją o opuszczeniu Warszawy, Justyna zdradziła Mikołaja ze swoim szefem…

Jeśli myślicie, że w tym momencie spoileruję na potęgę, to uspokajam – to jest sam początek i punkt wyjścia do misternie skonstruowanej powieści. Powieści będącej czymś więcej niż zwykłym thrillerem, którego konwencję wykorzystuje autor. Mamy tu też trafną diagnozę współczesnej Polski, studium rozkładu rodziny i obraz mafijnych patologii w małym miasteczku. Zaraz, czy to czegoś nie przypomina? Czy nie podobne mechanizmy, tyle że w Warszawie, obserwowaliśmy w „Ślepnąc od świateł”?  To ten sam mechanizm, ta sama wszechobecna degrengolada i podobni bohaterowie. Czy Mikołaj nie spotkał się kiedyś z Jackiem z poprzedniej powieści? Czy ich drogi się nie przecięły? Może spotkali się na jakiejś imprezie? Okazuje się, że Polska B może mieć z Polską A zaskakująco dużo wspólnego.

Aż kusi, by dołożyć tu trzy grosze o nieudanej w oczach wielu transformacji, która zepchnęła prowincję na jeszcze większy margines, windując z kolei duże miasta, których mieszkańcy nie radzą sobie z narastającą presją. Katalizatorem ich frustracji w obu przypadkach są narkotyki. Lepszej bądź gorszej jakości, ale to one rządzą ich życiem. Jednym pozwalają pracować 24 godziny na dobę, być zawsze pięknym i uśmiechniętym, brylować na ściankach. Innym dają poczucie, że mogą opuścić smutny grajdołek, z którego nie potrafią sobie wyobrazić realnej ucieczki. Obraz tej prowincji, wzięty też ze wspomnień autora z młodości, może być frustrujący dla przeciętnego czytelnika. Może mu też kilka rzeczy uświadomić.

Żulczyk czuje prowincję, czuje jej bród, problemy i charakterystykę. To widać. Po tym, jak opowiada o tych miejscach, ale też po tym, jak stylizuje język, jak buduje klimat i wprowadza do narracji specyficzny humor. Znowu nasuwa się porównanie ze Smarzowskim. Żulczyk pisze tak plastycznie, tak obrazowo, że gdy opisuje smród szamba, to zaczynam wąchać swoje ubranie mając wrażenie, że coś mi tu śmierdzi. Bohaterowie to nie wymyśleni, papierowi ludzie, którzy poza kartami książki raczej nie mieliby szans na przeżycie. Sportretowani we „Wzgórzu psów” mieszkańcy Zyborka to prawdziwi, autentyczni ludzie, używający potoczystego, nie zawsze literackiego języka. Nie stronią od przekleństw i niezgrabnych metafor, przekręconych związków frazeologicznych – są do bólu prawdziwi. Najciekawsze w tym wszystkim, że choć większość bohaterów prędzej czy później okazuje się być dość odrażającymi typami, to tym bardziej zyskują wtedy sympatię. Fascynujące i trochę odrażające zarazem. Nie raz zastanawiałem się, czy wszystko ze mną w porządku, gdy uświadamiałem sobie, że ojciec Mikołaja to w sumie całkiem w porządku jest.

I to chyba też jeden z głównych elementów składających się na sukces książki. Bohaterowie są autentyczni, niewolni od słabości i problemów, a ich życiowym celem okazuje się być zemsta. Zemsta na ojcu, na żonie, na mężu, na sąsiadach, na mieście, na chuliganach mających swoje za uszami. Może też zemsta na kraju, który skazał ich na mieszkanie w tak zapyziałym miejscu. Wokół zemsty się wszystko kręci i do zemsty prowadzą wszystkie drogi. Czy jej efektem będzie w końcu katharsis? Na to pytanie musicie już odpowiedzieć sobie sami.

Czytając „Wzgórze psów” można się długo zastanawiać nad wieloma kwestiami, nie tylko nad sympatią czy jej brakiem względem bohaterów. Żulczyk stawia czytelnikowi mnóstwo pytań, ale odpowiedzi daje niewiele. Każdy sam musi rozliczyć się ze swoimi demonami, swoim pochodzeniem. Bo chyba każdy z nas albo zna miasteczko podobne do Zyborka, albo zna kogoś stamtąd pochodzącego. Wszak nie przypadkiem jesteśmy krajem słoikami stojącym. Żulczyk portretuje małomiasteczkową rzeczywistość tak, że aż boli. Zło przenika wszystkich i wszystko, wydaje się, że skąpany w nim jest każdy. Nie jest to jednak też zło jednoznaczne. Nawet ono czemuś służy.

Widząc zapowiedzi książki, bałem się, że będzie zbyt długa, przegadana. W końcu to ponad 850 stron żywego tekstu. Nic z tych rzeczy! Gdybym mógł, to przeczytałbym ją na raz, bo każde wyjście ze świata Żulczyka okupione było nieznośnym uczuciem, że zaraz wydarzy się coś ważnego, na co będę musiał poczekać. To cechuje najlepszych autorów. Powieść nie nuży też dzięki zastosowanym koncepcjom narracyjnym. Część historii poznajemy z perspektywy żony Mikołaja – Justyny, która też okazuje się postacią bardzo niejednoznaczną. Czasem przenosimy się do roku 2000 do schyłkowego okresu rządów Jerzego Buzka, który „wyglądał w telewizji jak przesiadujący codziennie w parku, emerytowany, zadbany wdowiec”. Notabene, konfrontacja tamtych czasów i tamtych oczekiwań z dzisiejszą rzeczywistością nie wygląda zbyt korzystnie dla teraźniejszości.

Powieść aż skrzy się od rozmaitych smaczków. Znający biografię autora dopatrzą się w postaci Mikołaja wielu autobiograficznych rysów, mnóstwo powodów do uśmiechu odnajdą też znający środowisko skupione wokół jednego z największych polskich dzienników. Żulczyk bezlitośnie punktuje ich samouwielbienie i braki w krytycznym myśleniu. Pozwolę sobie przytoczyć dłuższy cytat:

Jakub Żulczyk

Brodaci i zmiętoleni życiem dziennikarze i publicyści upijali się do spodu wraz ze zneurotyzowanymi dramaturgami, rozgorączkowanymi lewicowcami, działaczami społecznymi, kuratorami sztuki. Całe to towarzystwo było nieszczególnie świadome istnienia jakiegoś świata poza nimi samymi i śmiertelnie przerażone wszystkim, co przeczytało w tygodnikach opinii i na Facebooku.

Zalety powieści można by wymieniać długo, a i tak nie byłbym w stanie przekazać wszystkiego, bo zwyczajnie wymagałoby to zdradzenia zbyt wielu szczegółów z fabuły. Coś mi mówi, że mamy do czynienia z tytułem, który może się otrzeć o tytuł najlepszej premiery roku 2017. Pewnie powie ktoś, że to pop-literatura i nie zasługuje na takie wyróżnienia. Cóż, ja na to powiem tylko tyle: gdybyśmy mieli więcej takiego „popu”, to pewnie nie musielibyśmy martwić się statystykami czytelnictwa. Bo Żulczyk daje nam to, czego zawsze wymagam od literatury: doskonałą rozrywkę i wiele okazji do refleksji o świecie i o sobie samym.  Oby tylko takie thrillery dane nam było czytać. Gdybym miał oceniać, to w skali 1-10 powieść zasługuje na niepodważalną dychę. Zapraszam do Zyborka – po tej wizycie nic już nie będzie takie samo.

DO SŁUCHANIA:

Z Jakubem Żulczykiem sprawa jest o tyle prosta, że i on i jego powieści aż skrzą się od muzyki. Nie inaczej jest i tym razem. Muzyka jest integralną częścią „Wzgórza psów”, wiele utworów towarzyszyło też autorowi podczas prac nad książką. Co więcej, Żulczyk postanowił podzielić się z czytelnikami własną playlistą do tej książki, więc nie pozostaje mi nic innego, jak polecić ją również Wam. Czego tam nie znajdziemy! Jest i trochę psychodelicznie i trochę nostalgicznie, generalnie odlotowo. Powiem tylko, że obok Pink Floyd czy The Doors usłyszymy też Alicję Majewską i Cocteau Twins. Ba, jest nawet U2, szczerze znienawidzone przez narratora powieści. Jest czego słuchać!

https://open.spotify.com/user/superdomestos/playlist/53z4cSgeD92i0KK8GJoips

J. Żulczyk, Wzgórze psów, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2017.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *