Najdziwniejsze nawyki czytelnicze
Maj 2, 2017
Premiery tygodnia. Odcinek 17 – 8-14 maja
Maj 7, 2017

Lubię zadawać pytania i popełniać błędy. O swojej debiutanckiej książce i pracy reportera opowiada Kamil Bałuk. WYWIAD

Z Kamilem Bałukiem spotykam się w Faktycznym Domu Kultury, należącym do Fundacji Instytut Reportażu. Mamy do dyspozycji całe pomieszczenie, wywiad przebiega więc spokojnie, niezakłócany przez nikogo. W takich warunkach udało nam się porozmawiać naprawdę długo. O „Wszystkich dzieciach Louisa”, ale nie tylko.

Czy Holendrzy to najbardziej wyzwolony naród w Europie? Postawiłeś takie pytanie w zgłoszeniu do stypendium fundacji im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Kamil Bałuk, fot. Dowody na Istnienie

KAMIL BAŁUK: Stypendium dostałem już na kolejną książkę, ale fakt, praca nad Wszystkimi dziećmi Louisa przybliżyła mnie do kilku wniosków. Pierwsze rozmowy z bohaterami pokazały mi, że gdzieś są granic i niekoniecznie zawsze wszystko wolno, a przynajmniej nie wszyscy są zadowoleni, kiedy wszystko wolno. Jeden z bohaterów, Henrik, mówi jasno: jestem przeciwny dawstwu nasienia, choć sam dzięki niemu żyję. Kiedy indziej szukałem archiwów prasowych, żeby zobaczyć w jakich warunkach rodzice moich bohaterów podejmowali decyzje, że będą mieli dziecko z dawcy nasienia. Okazało się, że w tamtym czasie w Holandii to było zupełne tabu. Toczyły się dyskusje, także na gruncie religijnym, czy korzystanie z nasienia dawcy to zdrada małżeńska, a przecież w latach 50. obowiązywał przepis, że zdrada małżeńska może być karana więzieniem. W latach 70. i 80. inseminacje były objęte tajemnicą, nalegali na to lekarze. Holandia nie zawsze była więc taka, jak dziś o niej lubimy myśleć. Udało mi się w niej odnaleźć sporo konserwatyzmu. Dotarłem też w końcu do swoich prywatnych granic i zrozumiałem, że niekoniecznie wszystko wolno. Trudno mi jednak generalizować na temat jednego narodu z perspektywy pojedynczego tematu. Inny kraj, inne tradycje.

No właśnie, inny kraj, inne tradycje. Czemu wybrałeś akurat Holandię? Czy tylko dlatego, że byłeś na niderlandystyce i uczyłeś się języka? Czy coś jeszcze Cię tam ciągnęło?

KB: (myśli) Hmm, to nie jest tak, że Holandia była jakąś moją wielką fascynacją od dziecka,  doszedłem do tego metodą prób i błędów. Wczoraj rozmawiałem z dziennikarzem holenderskim i kiedy mu tłumaczyłem, skąd wzięła się u mnie ta Holandia, nie był zbyt zadowolony z pokrętnych tłumaczeń (śmiech). To było tak: od wczesnego gimnazjum byłem zainteresowany Szwecją i Skandynawią w ogóle, tamtejszymi filmami i muzyką. Marzyłem, żeby nauczyć się szwedzkiego. Na studiach pojechałem na Erasmusa do Szwecji. Nie podobało mi się tam. Oczywiście nie wszystko, dobrze wspominam np. saunę w akademiku, przywiozłem też stamtąd kilka nawyków, choćby sortowanie śmieci. Do ludzi nie dotarłem. Wróciłem bez jakichś szczególnych kontaktów towarzyskich, a to było dla mnie ważne. Szwedzka kultura okazała się nieprzenikniona, przynajmniej wtedy, gdy miałem 21 lat. Nie traktowałem tego jednak w kategoriach porażki, z takich sytuacji trzeba wyciągać wnioski, szukać dalej.

Studiowałem socjologię i dziennikarstwo na MISHu we Wrocławiu. Socjologię skończyłem na poziomie licencjatu i zostało mi samo dziennikarstwo, na magisterce to trochę mało. Umówiliśmy się więc z moją dziewczyną, obecnie żoną, że pojedziemy do Belgii na studia magisterskie. Ona studiowała hiszpański i francuski i stąd wzięła się Belgia, w której można studiować i po angielsku, i po francusku. Mając rok w zapasie zdecydowałem, że pójdę na filologię niderlandzką, żeby nauczyć się języka, zanim przeprowadzimy się do Belgii. Okazało się, że język jest fajny, ludzie na roku fajni, no i z przeprowadzki do Belgii nic nie wyszło. Pojechaliśmy tam za to później na praktyki Erasmus, ja wybrałem antwerpską agencję prasową Stamp Media, polecałbym ją każdemu studentowi. To tam powstał mój pierwszy reportaż o polskich sprzątaczkach w Belgii. Pomysł zajęcia się reportersko Holandią przyszedł później, już po moim pierwszym reportażu w Dużym Formacie. Zobaczyłem, że nie ma za bardzo w Polsce osoby, która by znała niderlandzki i pisała reportaże o Holandii. Pomyślałem, że to ciekawy kraj, o którym bardzo mało się wie – aż dziwnie mało, biorąc pod uwagę jak on jest popularny w Polsce. Ja też go dopiero poznaję i w żadnym razie nie czuję się ekspertem, ale też dzięki temu nie tracę ciekawości. Ekspert lubi wydawać jednoznaczne opinie i wytykać błędy. Ja jestem przede wszystkim reporterem, lubię dowiadywać się, zadawać pytania i popełniać błędy.

Popraw mnie jeśli się mylę, ale idziesz chyba trochę tropem Mariusza Szczygła, on podobnie przybliża nam Czechy i Czechów.

KB: Trop może i podobny, chociaż u Szczygła było inaczej, nie studiował czeskiego, dopiero od pewnego momentu w życiu zatapiał się w klimat kraju i uczył języka. Witold Szabłowski pisał o Turcji, Włodzimierz Nowak o Niemczech, Iza Klementowska o Portugalii, Ilona Wiśniewska o Norwegii. Polacy ponoć bardzo lubią książki pisane przez Polaków o zagranicy. Może więc i Holandia kogoś zainteresuje? Zacząłem od jednego, dużego tematu, a kolejny projekt to będzie zbiór reportaży z Holandii. Dwa, trzy lata temu nie sądziłem, że mógłbym napisać choćby jedną książkę. Na pewno nie było tak, że pomyślałem sobie „o, pójdę na niderlandystykę, bo chcę być jak Szczygieł!” (śmiech). Pamiętam, że odpowiadanie ludziom na pytania „dlaczego niderlandystyka?” to był koszmar. Do dziś nie wiem co się w takiej sytuacji odpowiada, lubię odpowiedź „bo tak”. Kiedy zaczynam robić coś nowego, nie zadaję sobie pytania „po co?”. Robię to dlatego, że jest nowe i coś fajnego może się wydarzyć.

Przejdźmy w takim razie do samej książki. Widziałem już pierwsze recenzje, widziałem tłumy na Twoich spotkaniach autorskich…

KB: To byli w większości znajomi! (śmiech)

… jaki odzew dostajesz? Czy jest tak pozytywny jak się wydaje z zewnątrz czy masz też jakieś inne uwagi?

KB: Bez przesady, było kilka recenzji, gdzie pojawiał się cień krytyki, że można by coś zrobić lepiej, choć to nie były duże zarzuty. To miłe. Wiem, co ja sam bym dzisiaj poprawił, napisał inaczej, ale to nie jest już ważne, zostawiam to sobie na drugą książkę albo na wydanie poprawione za kilka lat. Trzeba iść dalej. Na razie jest super odzew. Bardzo lubię rozmawiać z czytelnikami, widzę też, że każdy w książce zwraca uwagę na coś innego. Jestem zdania, że czytelnik tworzy tekst na nowo i kiedy książka jest w papierze, to autor jest już drugorzędny.

A skąd wziąłeś sprawę Louisa? Jak do niej dotarłeś?

KB: Po praktykach w Antwerpii miałem nawyk przeglądania belgijskich tygodników. Znalazłem artykuł pod tytułem Mafia spermowa. Przeciekające kontenery doktora Kaarbata. Niby to był reportaż, ale wiało od niego tabloidem. Już wtedy chodził mi po głowie pomysł, żeby napisać cykl reportaży z Holandii. Byłem niedługo potem we Wrzeniu Świata (kawiarnia należąca do Fundacji Instytut Reportażu – przyp. P.C.) i rozmawiałem z Mariuszem Szczygłem o różnych pomysłach. I ten temat, bodajże szósty w kolejności, zaciekawił go szczególnie. Bardzo mało o nim wiedziałem. Tylko tyle, że urodziły się gdzieś w Holandii dzieci, które mają śniadą skórę, że dawca był Surinamczykiem (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tylko w połowie). Wydawało mi się, że te dzieci są małe, zbyt małe by z nimi porozmawiać, że to świeża sprawa. Chyba najbardziej zaciekawił mnie ten Surinam. Myślałem, że dawca to może człowiek pochodzący z mniejszości etnicznej, który nie odnajdował się w społeczeństwie i postanowił się na nim zemścić. Szczygieł ten temat polubił i powiedział, żebym koniecznie skonsultował to jeszcze z Wojtkiem Tochmanem. Jemu nigdy nie podobały się moje tematy z Polskiej Szkoły Reportażu, więc trochę się tego obawiałem. Miałem godzinę na szybki research tematu i pogłębienie wiedzy. Tochman o dziwo stwierdził, że to fajny temat i żebym zrobił z tego książkę. Tylko tyle i aż tyle, kilka słów wsparcia od ważnych dla mnie autorów, których miałem szczęście poznać. Zgłosiłem pomysł do Stypendium Kapuścińskiego. Jurorzy wzięli go do finałowej piątki, zaczęły zgłaszać się wydawnictwa i wtedy pomyślałem, że faktycznie można z tego zrobić książkę.

Widziałem na Twoim Instagramie zdjęcie z Hanną Krall opatrzone pewną historią – podobno powiedziała Ci, że to nie jest temat na książkę.

KB: Hanna Krall była wtedy w jury Stypendium Kapuścińskiego. Po gali powiedziała, że nie widzi w tym tematu. Miała do czynienia z trzystronicowym wnioskiem, wypowiadała się tylko na tej podstawie. Teraz dostała ode mnie egzemplarz gotowej książki, bardzo możliwe, że po jego przeczytaniu nadal nie będzie widziała tam tematu (śmiech). Takie jej święte prawo. Za to na gali podeszła do mnie Małgorzata Szejnert i powiedziała, że temat owszem, jest. To było dla mnie ważne. Wtedy wygrała Ola Lipczak, której książka (Ludzie z Placu Słońca– przyp. P.C)  wychodzi na początku maja, też w Dowodach na Istnienie. Bardzo się cieszę, że tak się to ułożyło, że jesteśmy z Olą w jednym wydawnictwie.

Zajmijmy się zatem tytułowym Louisem. Przyznam, że miałem z nim pewien problem – czy to bardziej ofiara czy też wspólnik w procederze uprawianym przez doktora Kaarbata. Duża też w tym Twoja zasługa i tego jak poprowadziłeś książkę. Czy jest Ci bliżej do któregoś z jego oblicz?

KB: Myślę, że nie jest ważne, co ja myślę. Ważna jest rzetelność w pisaniu, a i tak reportaż to gatunek absolutnie subiektywny. To, jak przedstawiam tych bohaterów, to wystarczająca opinia. Jestem świadom, że czytelnik ma do dyspozycji tylko te fakty i obrazy, które ja wybieram. Robię to świadomie, przedstawiam w celowej kolejności. Wachlarz potencjalnych reakcji jest szeroki. Bardzo chciałem, żeby można było sobie zbudować jakąś ocenę, potem ją zanegować, a potem zbudować sobie jeszcze inną. Tak widzę rzeczywistość: ciągłe podważanie tego, co już prawie na pewno wiemy. We Wszystkich dzieciach Louisa nawet sami bohaterowie nie umieją zdecydować, czy winą obarczyć Louisa, doktora Kaarbata, swoje matki czy Holandię jako kraj. Fajnie, jeśli po przeczytaniu książki czytelnik będzie miał więcej pytań niż przed. Jeśli będzie miał jakieś odpowiedzi, to chętnie je usłyszę, ja ich nie mam. Dla mnie najważniejsze to spróbować zrozumieć bohatera, co w tym przypadku nie jest łatwe. Na samym początku Louis i Kaarbat jawią się jako postaci dosyć diaboliczne, ale to są jednak ludzie, którzy swoje decyzje podejmowali z jakiegoś powodu, w konkretnych czasach, w konkretnej rzeczywistości. Ocenianie ich z perspektywy 2017 roku nie ma sensu. Trzeba się przyjrzeć temu, co robili przez lata, wejść w tamten kontekst. Lubię wszystkich swoich bohaterów, nawet Louisa i Jana Kaarbata.

Są na pewno ciekawi.

KB: Fascynujący. Spędziłem dziesiątki dni na poznaniu ich życiorysów, więc stali się w pewnym sensie częścią mojego życia. Oczywiście, nie zgadzam się z częścią rzeczy, które robił Kaarbat, co do czynów Louisa to nie jestem przekonany, nie jestem w stanie odpowiedzieć jednoznacznie. Czy jako czytelnikowi ta jednoznaczność była Ci potrzebna?

Dla mnie to jest właśnie fascynujące, że zostawiasz duże pole do interpretacji czytelnikom i każdy może sobie sam to ocenić, przefiltrować przez własne doświadczenia. Ale ta sprawa też z początku wydaje się czarno-biała.

Kamil Bałuk i „Wszystkie dzieci Louisa”

KB: No tak! Wróciłem po dwóch latach do tego artykułu z prasy belgijskiej i odkryłem, że tam było przekłamanie na przekłamaniu, szczególnie w tłumaczeniach na angielski. lle kobiet zostało zapłodnionych? Na co cierpiał Louis i czy był surinamskiego pochodzenia? Nie zgadzała się połowa faktów. Sam Louis powiedział mi, że ten dziennikarz rozmawiał z nim tylko pół godziny przez telefon i tak to wszystko zestawił, że ten artykuł budzi tylko negatywne emocje. A Louis też ma swoje uczucia, swoje emocje, swoją samotność. Tylko żeby do tego dotrzeć, trzeba z nim usiąść na cztery czy pięć godzin, a potem wymienić czterdzieści maili i wtedy nagle staje się pełnowymiarową postacią. Nawet niektóre z Połówek (dzieci urodzone z nasienia Louisa – przyp. P.C.) nie dały mu tej szansy. Mam wrażenie, że to szukanie winnych i ofiar jest taką ułomnością percepcyjną, dosyć rozpowszechnioną też w Polsce. Warto sobie czasem zadać pytanie: czy czasem zbyt często nie patrzę na świat w kontekście relacji „kat-ofiara”? Niektóre Połówki tak właśnie robią, zresztą starałem się im to uświadamiać. Kiedy nie zgadzam się z bohaterem, raczej mu to mówię. Cieszę się, że udało mi się zasiać w nich wątpliwość, czy na pewno Louis powinien być z góry skreślony.

No właśnie – Połówki. Czy w ich relacjach coś Cię zaskoczyło? Dla mnie to był trochę fenomen socjologiczny. Ludzie, którzy nie znali się przez 20 lat, nagle stworzyli małą wspólnotę.

KB: Obserwowanie tej grupy kilkunastu osób mających tego samego ojca biologicznego było pasjonujące. Zależności między nimi, ich historie, to, jak dogadywali się wewnątrz społeczności – to też właśnie typowo socjologiczna dynamika małych grup społecznych. Z czasem zmieniałem stosunek do Połówek. Znając trzy czy cztery osoby, traktowałem je raczej jak ofiary. Poznając kolejne, zdawałem sobie sprawę, że to była tylko narracja tamtych czterech osób. I tak powoli budowałem sobie obraz tej niejednolitej grupy. Celowo szukałem między nimi takich małych zgrzytów. Oni wynajdowali między sobą podobieństwa, a ja – różnice. W tej grupie kilkunastu osób tylko jedna paliła, tylko jedna miała zdrowe zęby, tylko jedna nie miała większego dużego palca u nogi, tylko jedna była wierząca. I zawsze był to ktoś inny. To było niesamowite.

Ciekawe było dla mnie, że biologia zaczęła być dla nich tak ważna. Człowiek działa na zasadzie pewnych scenariuszy, schematów działania, próbuje sobie w nieznanej sytuacji jak najszybciej wyrobić opinię na jakiś temat. Jeśli główną daną jest to, że druga osoba ma w połowie te same geny co ty, to wydaje ci się, że powinna być w połowie tobą. O dziwo w świecie, w którym coraz bardziej chcemy unikać biologii, porównań do zwierząt, ta właśnie biologia i atawizm nadal rządzą. Interesowała mnie też sytuacja, w której biologiczne dzieci Louisa wyrzuciły z grupy dwie osoby, które nie chciały się przebadać genetycznie. Poczułem, że pytając o motywy tego usunięcia z grupy, stawiam ich przed dylematem. Sam nie wiedziałbym, co odpowiedzieć na moje pytanie na ich miejscu.

A jak Ci się z nimi rozmawiało? Jednak to nie są tematy łatwe, pewnie z wieloma bliskimi osobami miałbyś problem, żeby o tym rozmawiać.

KB: W wypadku reportażu jest łatwiej. Ocena, że coś jest wrażliwym tematem należy do bohatera. Czasem idziemy na rozmowę z jakimś obciążeniem w głowie, a ponieważ nie lubimy myśleć o sobie jako o ograniczonych czy pruderyjnych, to szybko staramy się przerzucić to obciążenie na drugą osobę. Na przykład zaczynając od pytania, które od razu dyskwalifikuje z punktu widzenia reportażu: „Ja wiem, że to jest taki drażliwy temat, ale…”. W ten sposób obarczasz tym pytaniem bohatera, który zaczyna się zastanawiać, czy to faktycznie nie jest zbyt drażliwy temat i może go to zablokować. Prawda jest taka, że jeśli ktoś z tym żyje, przepracował sobie różne rzeczy, to staje się to dla niego codziennością. Jeśli zgadza się na spotkanie z reporterem to często wie, co robi, choć są wyjątki. Moim zdaniem trzeba zadawać takie pytania, żeby nie obarczać rozmówcy swoim własnym lękiem. A potem słuchać i sprawiedliwie to opisać.

Miałem to szczęście, że moi pierwsi rozmówcy przy tej historii byli już bardzo doświadczeni w rozmowach z mediami. Problem w tym, że opowiadali mi historię słowo w słowo taką, jak innym mediom, dość jednowymiarową. Zaletą reportażu jest to, że mogłem ją przez następne dwa lata weryfikować. Zadanie miałem o tyle ułatwione, że bohaterów w pewnym momencie zrobiła się czterdziestka, więc głosów w tej historii było wiele, a każdy inny. Pomagał mi też język niderlandzki, który w moim wypadku bardzo otwiera, bo brzmię w nim prawdopodobnie jak małe dziecko. Rozmówcy tłumaczyli mi wszystko bardzo prosto – nie stosowali wybiegów, metafor. Często mówili więc, co myślą, a nie to, co wypadałoby powiedzieć. Później mogli autoryzować wypowiedzi.

Miałem natomiast taką sytuację, gdy poczułem, że już żadne tabu dla mnie nie istnieje – gdy jedna z matek postanowiła mi pokazać słomkę z nasieniem z 1993 roku, którą sobie zachowała na pamiątkę. Wtedy też pomyślałem, że już nic mnie nie zdziwi.

Pisałeś pod koniec książki, że historię Połówek będziesz aktualizował. Kiedy możemy się spodziewać pierwszych update’ów?

 KB: Pod adresem www.kamilbaluk.pl/ciagdalszy jest link do zapisów na newsletter – podając tam swój adres email czytelnik deklaruje, że chce dostawać dalsze informacje o losach Połówek. Czekam w tej chwili aż zbierze się większa grupa odbiorców i potem zacznę wysyłać nowe informacje, ciekawostki. Ten temat jest cały czas dla mnie ważny, cały czas rozmawiam z Połówkami, więc nowych wątków pewnie nie zabraknie. Pracuję już nad kolejną książką i o niej też coś napiszę. Można też śledzić mojego facebooka, snapa: panbaluk, jestem na instagramie.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że w badanych przez siebie historiach szczególnie lubisz jakieś smaczki, anegdoty, śmieszne sytuacje. Masz już jakieś ulubione?

Fragment książki

KB: Staram się uważać, żeby te anegdoty nie stały się ważniejsze od samego tematu. Tutorzy z Polskiej Szkoły Reportażu zawsze nas na to uczulali –  reportaż nie może być zbiorem anegdot. Często zbieram jakieś smaczki do historii, by potem lepiej oddać jej klimat czy klimat miejsca, które opisuję. W reportażu lubię tematy nieoczywiste, czasem takie, które dla innych są nieciekawe. Do dziś nie wiem, co mnie podkusiło, żeby ustalić kto jest prawdziwym autorem piosenki „Biały miś”. Trzymiesięczne poszukiwania zakończyły się tekstem w Dużym Formacie i tym, że byłem już na czterech rozprawach sądowych. Dziś bohaterowie reportażu ustalają autorstwo piosenki między sobą przed sądem, mimo że przez 50 lat temat leżał nieruszony. Te rozprawy, na które przychodzą 70-letni klezmerzy z Trójmiasta i mówią „Wysoki Sądzie, to leciało tak: tarira, tarira” to jedna wielka anegdota. Ale też kawał życiowej historii.Kiedyś pisałem tekst o tym, co Polacy robią w saunie i umówiłem się z mężczyzną, który szukał  poprzez ogłoszenie partnera do wspólnego saunowania. Prywatnie nigdy bym nie odpowiedział na takie ogłoszenie. A jako reporter – oczywiście!  Znajomi pytali, czy nie boję się iść z obcym facetem na saunę. Ale czego? Jako reporter jestem po prostu ciekaw, co się stanie w danej sytuacji. Dowiedziałem się dużo o nim, a i pewnie o sobie samym.

Skąd bierzesz tematy? Sam obserwujesz, szukasz, czytasz? Czy masz też jakieś osoby, które Ci podrzucają jakieś wątki?

KB: Nie mam jednej recepty, poza tym jeszcze niedużo w życiu opublikowałem. Bardzo lubię zagadywać do ludzi. Jeśli ktoś obcy coś do mnie mówi, to nie odejdę, staram się nie przerywać.  Mieszkam w 10-piętrowym bloku i chyba gadałem już z każdym sąsiadem (śmiech). Dużo tematów bierze się po prostu z otwartości na to, co się dzieje dookoła.Jeśli ktoś mi coś opowiada, to już sobie przekładam to na świat reportażu – jak by to zrobić, jak opisać, gdzie jest szczegół. Mariusz Szczygieł mówił kiedyś, że reportera poznasz po tym, że na każdej imprezie stoi w kuchni i rozmawia z ludźmi.

Pytanie na koniec – jakie jest Twoje największe reporterskie marzenie? Czy masz w ogóle takie marzenie?

KB: Chciałbym, żeby ludzie czytali i doceniali dobrze napisany reportaż, żeby ten gatunek przetrwał. Fajnie byłoby też wreszcie przenieść reportaże na serio do Internetu, w jakiejś ciekawej formie. Nowe media nie są przeszkodą, widzę w nich raczej wyzwanie. Codziennie siedząc w metrze ze smartfonem na zmianę czytam długie reportaże i oglądam dziesięciosekundowe snapy. Co kto lubi, ja akurat lubię i to, i to. A marzenie?  Żebym zawsze mógł sam decydować, o czym piszę i wiedział, czemu to robię.

Kamil Bałuk (ur. 1988) – Absolwent MISH, socjologii, filologii niderlandzkiej i dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Reportaże publikował w „Dużym Formacie” i „Przekroju” oraz w zbiorach książkowych “Grzech jest kobietą” i “Tutaj drzwi trzeba otwierać powoli”. Jego teksty były kilkukrotnie nominowane do Nagrody Newsweeka im T. Torańskiej w kategorii Młody Talent. „Wszystkie dzieci Louisa” to jego debiut książkowy. Laureat piątej edycji Konkursu Stypendialnego im. R. Kapuścińskiego za projekt zbioru reportaży o współczesnej Holandii, który ukaże się jako jego druga książka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *