Premiery miesiąca. Odcinek 1 – Czerwiec
Maj 31, 2017
Paula Hawkins – Zapisane w wodzie RECENZJA
Czerwiec 4, 2017

Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band kończy 50 lat!

foto: Apple Corps. Ltd

Są płyty, które nigdy się nie nudzą. Mógłbym ich słuchać na okrągło, wciąż czerpiąc z tego dziką przyjemność. Ba, gdyby nie zdrowy rozsądek pukający mnie czasem w czoło, zawęziłbym do tych kilku tytułów muzykę polecaną Wam do lektury. Nie zdradzę rzecz jasna wszystkich płyt z tej listy, ale o jednej z nich chcę Wam dziś opowiedzieć.

Okazja jest nie byle jaka. „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, bo o niej tu mowa, obchodzi właśnie 50. urodziny. Wydana dokładnie 1 czerwca 1967 roku z miejsca stała się hitem i co tu dużo mówić, przełomem w muzyce rockowej.

Choć na pewno nie jest to najlepsza płyta w dorobku The Beatles, to pokuszę się o stwierdzenie, że najważniejsza. Pierwsza, na której tak świadomie i tak odważnie zaczęli eksperymentować z formą, a zarazem ostatnia, którą tworzyli prawdziwie zespołowo. Powstawała demokratycznie, w trakcie prób w studiu – spośród wielu kompozycji i propozycji stylistycznych wybierano te najlepsze i następnie muzycy pracowali nad nimi razem. Późniejsze płyty, choć może i zawierające lepsze utwory, były de facto sklejkami z kompozycji przyniesionych do studia przez poszczególnych Beatlesów. Złośliwi powiedzą pewnie, że przecież Sierżant tak naprawdę został w olbrzymiej większości napisany przez Paula McCartneya. To prawda, ale wtedy jeszcze pozwalał innym muzykom ingerować w swoje kompozycje i dodawać do nich własne pomysły.

I tę współpracę, dobrą atmosferę w studiu, słychać. Beatlesi zabawili się formą jak jeszcze nigdy dotąd, brnąc w psychodeliczne odjazdy i wizje. Założona w tym celu fikcyjna Orkiestra Samotnych Serc Sierżanta Pieprza nie oszczędza nikogo. Choć barwna i kolorowa, chętna przyjąć w swe szeregi każdego, to wymagająca też całkiem sporo. To już nie są proste i radosne piosenki spod znaku wczesnego rock’n’rolla. Beatlesi dorośli i to w tej płycie słychać najbardziej. Wraz z nimi dorosła ich muzyka. Dobre kompozycje okraszone mnóstwem niespotykanych wcześniej efektów dźwiękowych, zapętleń i sprzężeń zaowocowały zupełnie nową jakością. W warstwie znaczeniowej też jest bogato – są odwołania do kultury hinduskiej, którą zafascynowany był George Harrison, są psychodeliczne odloty i mniej bądź bardziej jawne nawiązania do narkotyków. Legendę o  „Lucy In the Sky with Diamonds” słyszał chyba każdy, ale pewnie nie każdy wie, że doskonały „A Day In the Life” też został zakazany w brytyjskich rozgłośniach jako propagujący narkotyki. Nie ma w zasadzie na tej płycie utworu słabego. Każdy ma to „coś”, każdy jest charakterystyczny i łatwo zapamiętywany. Wzięte razem tworzą też jeden z lepszych koncept-albumów w historii rocka. Mało?

Jeśli tak, to trzeba zaznaczyć, że pierwotnie znaleźć się miały na niej również „Strawberry Fields Forever” i „Penny Lane”, których produkcji poświęcono pierwsze trzy miesiące pracy nad płytą. Postanowiono wydać je jednak osobno, na singlu, żeby zaspokoić żądze rynku muzycznego spragnionego nowych dokonań Fab Four. I już te kawałki, a zwłaszcza odjechany „Strawberry Fields…” zwiastowały nową jakość nie tylko w twórczości Beatlesów, ale i w sposobie pracy w studiu. Tylko geniusz George’a Martina i intuicja Johna Lennona spowodowały, że utwór w tym kształcie jaki znamy obecnie, jest tak naprawdę sklejką dwóch wersji – różniących się tempem i tonacją. Jak w 1967 Martin połączył te taśmy i uzyskał tak doskonały efekt? Podejrzewam, że niewielu jest to w stanie wyjaśnić, jak i niewielu byłoby w stanie ten wyczyn powtórzyć.

Tak się złożyło, mniej czy bardziej przypadkowo, że „Sgt. Pepper’s…” ukazał się akurat w momencie, gdy zaczynało się słynne Lato Miłości. Letnie miesiące 1967 roku były prawdziwą rewolucją obyczajową i szokiem dla wielu co bardziej konserwatywnych. Nieskrępowana miłość, hippisowskie komuny, swoboda w zażywaniu i łączeniu wszelkiej maści środków odurzających, wreszcie muzyka rockowa – to wszystko spotkało się i eksplodowało z niespotykaną wcześniej siłą, burząc zastany porządek z siłą potężnego tornada. Fakt, że rewolucja szybko zaczęła zjadać własny ogon i nie przetrwała próby czasu, ale wpływu na kulturę nie można jej odmówić. Sami Beatlesi zwykli też mówić, że może nie wywołali Lata Miłości, ale na pewno solidnie przyczynili się do jego promocji. Potwierdza to też wydany niedługo po Sierżancie Pieprzu singiel „All You Need Is Love” – przygotowany na pierwszą globalną transmisję telewizyjną, szybko stał się hymnem pokolenia hippisów i jednocześnie kolejnym dowodem na niespotykany talent Lennona do tworzenia uniwersalnych i nośnych songów.

„Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” to jednak nie tylko muzyka. Beatlesi poszli dalej i stworzyli wokół płyty wyjątkową otoczkę. Sami przebrani w kolorowe stroje Orkiestry Sierżanta Pieprza, zaprosili też do „współpracy” całą rzeszę swoich idoli. Wszystko po to, żeby mogła powstać jedna z najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych okładek płytowych w historii. Stworzona przez Petera Blake’a, była wyjątkowym kolażem tego co żywe i nieżywe. Beatlesi pozowali do zdjęcia w otoczeniu kartonowych podobizn takich sław jak Alesteir Crowley, Edgar Allan Poe, Bob Dylan, Albert Enstein czy Marlena Dietrich. Nie dość im było jednak zabaw, bo okładka aż skrzy się od rozmaitych smaczków, niedopowiedzeń i tajemniczych symboli. Zwolennicy teorii o śmierci Paula McCartneya właśnie na jej podstawie odczytywali pierwsze rzekome sygnały od zespołu na temat tej tragedii. Niewiele brakowało, by w korowodzie postaci z okładki pojawili się też Jezus i Adolf Hitler. Ostatecznie z pomysłu zrezygnowano. O ile Hitlera do zdjęcia ukryto ponoć za Lennonem, to Jezusa wyrzucono z planu definitywnie. Zbyt wiele osób miało jeszcze w pamięci słowa Johna o popularności Beatlesów przebijającej popularność Jezusa.

W trakcie prac nad albumem

Co tu kryć, mamy do czynienia z płytą ze wszech miar wielką i ponadczasową. To nie przypadek, że do dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych dokonań Beatlesów, docenianym na rozmaitych zestawieniach najlepszych płyt w historii rocka. Przypadkiem chyba też nie jest, że to właśnie od niej zaczęła się moja przygoda ze słuchaniem Wielkiej Czwórki. Do dziś mam gdzieś kasetę magnetofonową z lat 90., która w pewnym momencie zupełnie zawładnęła moimi, dziecięcymi wtedy jeszcze, zmysłami. Wracam do tej płyty kiedy tylko mogę – czy to przy okazji rocznic, czy tak po prostu, żeby posłuchać dobrej muzyki. Tym większą frajdę sprawiła mi więc możliwość odsłuchania jej swego czasu w studiu koncertowym radiowej Trójki, z oryginalnej, analogowej taśmy-matki z lat 60. To, co się wtedy działo, śmiało mogę określić mianem magii.

Niezwykle ciekawe jest więc, że po wydaniu Sierżanta Pieprza Beatlesi porzucili pomysł kolejnych koncept-albumów i wycieczek psychodelicznych, wydając jakiś czas później zupełnie surowy i pozbawiony udziwnień „Biały Album”. Tak jakby przejedli się owocami swojej wyobraźni i potrzebowali odtrutki w postaci czystego, soczystego rocka. Do świata Sierżanta Pieprza powrócono jeszcze na chwilę, gdy wydany został animowany film „Żółta łódź podwodna” rozgrywający się w Pepperlandzie. Znamienne jednak, że choć pojawiły się tam postaci wzorowane na Beatlesach, to oni sami nie użyczyli im głosów. Ponoć trudno ich było nawet namówić, by pokazali się osobiście w ostatniej scenie.

Cóż, najwyraźniej nic nie może wiecznie trwać – podobnie jak Lato Miłości, które zużyło się szybciej niż ktokolwiek przypuszczał, tak i Sierżant Pieprz musiał pójść w lekką odstawkę w końcówce lat 60. Dziś jednak nikt już nie ma wątpliwości, że to, co wtedy osiągnęli Beatlesi wyznaczyło standardy na długo. Nie tylko kompozytorskie, ale przede wszystkim standardy pracy w studiu i realizacji nowoczesnej muzyki. Z niektórych ich pomysłów korzystano jeszcze dziesiątki lat później. Ba, korzysta się z nich nawet w epoce nagrań cyfrowych. Co geniusze, to geniusze.

Nie ma co dłużej gadać, bierzmy się za słuchanie szanownego jubilata. 100 lat, Sierżancie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *