Premiery miesiąca. Odcinek 3 – sierpień
Sierpień 1, 2017

Michał Rusinek – Pypcie na języku RECENZJA

Polski język, trudna język. Wie o tym nie tylko każdy obcokrajowiec, ale i większość z nas, posługujących się nim na co dzień. Skomplikowana gramatyka, niezbyt proste słownictwo – pułapek nie brakuje, a wpaść w nie niezwykle łatwo. W swojej najnowszej książce, „Pypciach na języku”, dowodzi tego Michał Rusinek.

 Rusinek to postać powszechnie znana i ceniona w gronie literaturoznawców, poetów i językoznawców. Wieloletni współpracownik Wisławy Szymborskiej, autor kilku książek, wykładowca akademicki. Znany także z zamiłowania do śledzenia językowych wpadek i dowcipnego ich opisywania. Człowiek-orkiestra! W latach 2013-2016 w krakowskim wydaniu Gazety Wyborczej publikował felietony, w których dawał upust swoim pasjom. To, co usłyszał i zobaczył, opisywał. Aż w końcu nadszedł czas, by teksty te znalazły się razem, w jednym tomie. Tak powstały „Pypcie na języku”.

Nie zamierzam ukrywać, że autor kupił mnie nimi już od pierwszych stron. Choć historie są króciutkie, to tak zabawne, przewrotne, napisane pięknym językiem i zakończone perfekcyjną puentą, że nie sposób napisać o nich inaczej niż „perełki”. Próżno szukać historii słabszej, gorszej, czy mniej wciągającej. Anegdota goni anegdotę. Większość ludzi mających pojęcie kim jest Rusinek, słyszała chyba już gdzieś historię o jego deklinacji i konfuzji w jaką wprawił nią pewną pracownicę call center. Jak się okazuje, to jedynie wierzchołek góry lodowej jego przygód z językiem polskim i kontekstach w jakich bywa używany. Nie wiem czy wiecie, ale Rusinek nie tylko się deklinuje, ale również strimuje (a korekta Worda uparcie twierdzi, że jest stremowany)!

Nie będę wyjaśniał, o co dokładnie chodzi, żeby nie psuć nikomu przyjemności z czytania. Tej książka Rusinka daje mnóstwo. Nie tylko za sprawą doskonałej treści, ale i doskonałej formy. Mało kto potrafi pisać dziś po polsku tak jak on – pięknie, elegancko, z dbałością o detale, a przy tym niezwykle lekko i dowcipnie. Przy okazji mamy przykład, jak można skrytykować kogoś lub coś tak, że aż w pięty pójdzie, a przy okazji nikt nie powinien czuć się urażony. Ba, prędzej będzie się śmiał sam z siebie. Klasa sama w sobie. Jedyny mankament, jaki dostrzegłem w „Pypciach…” to fakt, że są po prostu zbyt krótkie! Choć książka liczy sobie nieco ponad 200 stron, to pochłania się ją na raz, mnie zajęła jedno popołudnie.

Oprócz niewątpliwych walorów rozrywkowych, książka Rusinka pozwala nam też spojrzeć z boku na kilka problemów, które może nie zajmują nas na co dzień, ale w gruncie rzeczy okazują się kwestiami dość ważnymi. Przecież raczej nikt nie chce stać się obiektem żartów i kpin z powodu swojego posługiwania się językiem, ale mało kto się nad tym zastanawia. Często na śmieszność narażamy się nie tylko tym, że coś przekręcamy czy niepoprawnie wymawiamy – czasem chcemy być aż hiper poprawni, przyszpanować, a w efekcie wychodzi zupełnie odwrotnie. Wszystko przez to, że próbujemy słowami podnieść swoją pozycję, status społeczny czy popularność w jakiejś grupie. Tymczasem nie mając odpowiednich kompetencji najłatwiej wtedy narazić się na śmieszność. Język lubi płatać figle i wieść na manowce, każdy z nas się o tym przekonał.

Być może dzięki Michałowi Rusinkowi część czytelników spojrzy na swoje zdolności językowe z innej strony, zauważy więcej niedociągnięć, będzie się bardziej pilnowało. Bo najtrudniej jest wyłapać proste błędy w codziennym funkcjonowaniu, a tymczasem one zazwyczaj ważą najwięcej i narażają na największą śmieszność.

Doszło do tego, że zaczynając pisać tę recenzję, nieustannie powtarzałem sobie w myślach: „tylko nie walnij jakiejś gafy, czytaj wszystko 10 razy”. No ale trudno, najwyżej zostanę bohaterem kolejnego tekstu Pana Michała. Dla takiej książki warto – mądra, dowcipna, pięknie wydana i ozdobiona fantastycznymi rysunkami Jacka Gawłowskiego. Czego chcieć więcej? Drugiego tomu!

DO SŁUCHANIA:

LemOn – Tu

Zapytacie pewnie, cóż taki LemOn może mieć wspólnego z rusinkowymi pypciami? Już spieszę z odpowiedzią – język.

Na ogół doceniam tekściarstwo Igora Herbuta. To zazwyczaj bardzo dobre, niekiedy poetyckie teksty, które poruszają czułe struny wielu słuchaczy. Herbut ma łatwość do budowania ładnych i przejmujących strof, biegle posługuje się różnymi środkami stylistycznymi. Jest jednak jedno „ale” – czasem zdarza mu się przeszarżować. Odsłuch najnowszej płyty zespołu przynosi kilka takich kwiatków jak „emocjonalny kompost” czy „betonowa mgła”, a mnie skłania do refleksji czy Herbut tym razem nie chciał być „zbyt”, pokazać więcej niż ma, nadać sobie większej rangi. Zostawiam to do rozważenia każdemu z osobna.

Natomiast bardzo ciekawie jest w warstwie muzycznej – LemOn gra ostrzej niż zazwyczaj, chętnie sięga po klasykę rocka, jawnie odwołuje się choćby do Led Zeppelin. Mnie takie granie bardzo odpowiada, więc pomijając kilka niezgrabnych moim zdaniem sformułowań z tekstów piosenek, płyta zasługuje na dużo uwagi. Zwłaszcza, że jest krótka i skondensowana – zupełnie jak „Pypcie…”.

M. Rusinek, Pypcie na języku, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017.

2 Komentarze

  1. „Pypcie” są cudowne. Ale lektura tej książki w miejscach publicznych grozi ostracyzmem społecznym, a w nejlepszym wypadku krzywymi spojrzeniami. Czytałam w autobusie i co chwilę wybuchałam głośnym śmiechem. Pióro Michała Rusinka jest dowcipne, finezyjne, a przy tym niosące ciekawe treści. To taka książka z rodzaju przyjemne z pożytecznym.

    • Paweł Cybulski napisał(a):

      Zgadzam się w zupełności! Ja na szczęście czytałem w odosobnieniu, co najwyżej dziwnie spojrzeć mogły się na mnie ptaki z okolicznych drzew 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *