Premiery tygodnia. Odcinek 25 – 6-12 listopada
Listopad 5, 2017
10 książek, których nie powinieneś nigdy czytać, cz. II
Listopad 9, 2017

Miroslav Pech – Uczniowie Cobaina RECENZJA

Grzybki halucynogenne to naprawdę silny środek odurzający. Wystarczy zjeść ich kilka, by doświadczyć niesamowitych wizji, złapać totalny haj. Nawet po ich częściowym strawieniu i zwymiotowaniu, nadal zachowują dużą moc. Niektórzy, tak jak bohaterowie nowej powieści Miroslava Pecha zjadają więc grzybkowe wymiociny, by nie zmarnowało się ani trochę halucynogennego dobra.

Ta szalona powieść to „Uczniowie Cobaina”. Historia dojrzewania młodych ludzi, opowiedziana z perspektywy naszych południowych sąsiadów z nad Łaby. Przypomina nieco dziennik, ale nie jest to dziennik typowy – podzielony na kilka przedziałów czasowych, w których jednak nie są już wyróżniane szczegółowe daty poszczególnych wydarzeń. Te poznajemy z perspektywy jednej osoby – chłopaka bez imienia, który wychowując się w Czechach początku lat 90., musi się zmagać nie tylko z własnym dojrzewaniem, ale też z dynamicznie zmieniającą się sytuacją gospodarczą i społeczną własnego kraju. Zmiany te widać zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę, że wydarzenia opisane w książce rozgrywają się na przestrzeni 15 lat (1994-2011). Choć nigdzie nie jest to powiedziane wprost, to wczytując się w wywiady Pecha, można wywnioskować, że duża część opisanych sytuacji i wydarzeń, to historie z życia wzięte. Z życia Pecha, we własnej osobie.

Lennon i Cobain żyją…

Miroslav Pech, fot. http://www.miroslavpech.cz

Jak sugeruje tytuł, niepoślednią rolę w życiu autora dziennika pełni muzyka. Jest ważna do tego stopnia, że kilka z rozdziałów książki nazwanych jest w sposób wprost nawiązujący do legend muzyki (konkretnie Johna Lennona i Kurta Cobaina). Nic dziwnego, bo rozwój fizyczny bohatera idzie w parze z jego rozwojem muzycznym – od Beatlesów i Jima Morrisona narrator trafia do świata Nirvany, a w końcu wraz z przyjaciółmi zakłada swój własny zespół – Objawy Odstawienia. Niestety, rozwój muzyczny, nie idzie w parze z jego rozwojem osobistym.

Octówka, marihuana, grzybki halucynogenne – to tylko wierzchołek góry lodowej używek, które zawładnęły życiem bohatera. Wydaje mu się, że odurzając się, będzie lepszy, bliższy swoim idolom, zaimponuje większej liczbie znajomych. Nie zauważa jednak, że powoli ucieka od wyjątkowości w kierunku życia smutnego, bez perspektyw. Narastający bunt, wojowniczy wygląd – dojrzewanie zamiast osiągnąć apogeum i stopniowo odpuszczać, trzyma bohatera aż do ostatnich stron książki. A ten mimo różnych prób wyjścia na prostą, nie potrafi wziąć swojego życia w garść. I wraz z nim w odpadach tonie czytelnik. O ile początkowe historie są śmieszno-rozczulające, a my składamy je na karb dziecięcych zabaw i eksperymentów, o tyle im dalej w las, tym bardziej ponuro się robi. Przejście od zabawnych, dziecięcych historii do smutnej, dorosłej rzeczywistości na niecałych 200 stronach, to mocne doświadczenie.

… co z tego, że w tylko w mojej głowie…

Robi się bardziej ponuro i hardcore’owo, bo opisywane historie coraz częściej wywołują dreszcz przerażenia i zniesmaczenia. Nie tylko ze względu na to, co robią ze sobą bohaterowie. Przeraża też rysowany przez autora kontekst społeczny i ekonomiczny. Początkowemu entuzjazmowi lat 90. zaczyna coraz mocniej towarzyszyć rozczarowanie zmieniającą się rzeczywistością. Kryzys ekonomiczny, degradacja pracowników okolicznych fabryk, rosnące bezrobocie – to wszystko nie ułatwia wejścia w dorosłość. Okazuje się, że pokolenie, które miało być lepsze, bardziej sprytne i nie obciążone grzechem komunizmu, tak naprawdę jest słabe i pozbawione siły przebicia. Zamiast próbować kształtować rzeczywistość wokół siebie, woli się jej poddawać i tkwić w beznadziei.

Mam wrażenie, że trochę w miejscu utkwił też autor, a jego książce brakuje nieco iskry. Teoretycznie wszystko jest w porządku – jest pomysł, są niezgorsze historie, jest potencjał na czeskie „Trainspotting”. Coś jednak nie gra i do samego końca książki nie do końca wiedziałem co. Może to język? Zastosowane tutaj krótkie, migawkowe zdania z jednej strony nieźle oddają stan ducha bohaterów. Unikanie rozbudowanych fraz i upiększeń powinno dobrze korespondować z opisywanymi sytuacjami, ale tak nie jest. Czasem chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej, wejść głębiej w temat, lepiej poznać postać albo kontekst wydarzeń. Pech jest tutaj niezwykle oszczędny, aż za bardzo moim zdaniem. Ktoś, to nie orientuje się dobrze w najnowszej historii naszego regionu, nie odnajdzie się w niektórych wątkach.

… najwyraźniej cierpię na czeską chorobę.

Może oczekiwałem też trochę czegoś innego? Przecież Czechy to wyjątkowego podejścia do życia, na którym zbudowane są najbardziej kanoniczne wytwory tamtejszej kultury. Ten swoisty czeski klimat to wyróżnik wielu dzieł i coś, za co najbardziej lubię czeskich twórców. W „Uczniach Cobaina” wszystko jest dosłowne, pozbawione czeskiego polotu i humoru. Owszem, jest kilka momentów, zwłaszcza na początku książki, gdzie na przykład czytamy o dziecięcej próbie aktu seksualnego. To jednak zdecydowanie za mało.

Wreszcie największy grzech książki – przewidywalność. Początkowe dobre wrażenie szybko się ulatnia, bo choć bohater dojrzewa i zmienia się, to tylko pozornie. Po pewnym czasie jego zachowania przestają zaskakiwać, zaczyna czytelnika zwyczajnie nudzić. Szybko orientujemy się, co może w danej chwili pomyśleć, co zrobić, albo czym się naćpać. I choć jeszcze chce mu się kibicować, to jednak podświadomie wiemy jak to się skończy.

Życzliwemu czytelnikowi książka Pecha może pod pewnymi względami skojarzyć się z podaną w wersji skróconej „Moją walką” Karla Ovego Knausgarda, jednak jest to porównanie dużo na wyrost. Choć obie zaklasyfikować można jako powieści biograficzne, tutaj jest zdecydowanie bardziej po bandzie – nie tylko ze względu na fabułę, ale i na środki jakimi posługuje się autor. W wyniku tego otrzymujemy powieść po prostu gorszą – gorzej napisaną, nudniejszą i tak naprawdę nie wiadomo do kogo adresowaną. Czyżby Pech najadł się Knausgarda i innych klasyków powieści biograficznej, a potem to zwrócił i kazał nam jeść? Uwaga, może się skończyć niekoniecznie pozytywnym „tripem”.

DO SŁUCHANIA:

Nirvana – In Utero

Może trochę na wyrost, ale jednak tematycznie – do słabej książki Pecha, proponuję świetną płytę Nirvany dowodzonej przez Kurta Cobaina, mimowolnego bohatera książki.

To trzecia i ostatnia płyta grunge’owej legendy. Wydana niedługo przed śmiercią lidera, przynosiła trochę odmiany w muzyce grupy. Muzycznie była jeszcze bardziej surowa i autentyczna niż poprzednie nagrania, różniła się od wcześniejszych płyt również w warstwie tekstowej. Cobain odszedł tym razem od opisywania rozterek swojego pokolenia, a skupił się bardziej na własnym życiu. Więcej jest refleksji, rozprawiania się z dręczącymi go demonami . Nie znaczy to jednak, że była to płyta hermetyczna – została świetnie przyjęta przez fanów grupy, a wśród jej muzyków do tej pory cieszy się dużym sentymentem.

M. Pech, Uczniowie Cobaina, Stara Szkoła, Wołów 2017.

2 Komentarze

  1. naia napisał(a):

    Ten motyw rozczarowania kapitalizmem i rezygnacji natychmiast mi przywiódł na myśl inną czeską książkę (i nawet okładkę też ma żółtą ;)) – „Koniec punku w Helsinkach” Rudiša. Absolutnie świetną zresztą – polecam, jeśli jeszcze nie czytałeś, może tam znajdziesz to, czego zabrakło Ci u Pecha. Natomiast jeśli chodzi o te oczekiwania od czeskiej literatury, że będzie ten czeski klimat, humor itd., zawsze trochę budzą we mnie mieszane uczucia – bo z jednej strony czeska literatura jest przecież bardzo różnorodna i nie musi być zawsze właśnie taka (co też podkreślają nasi polscy „czescy” wydawcy, starając się pokazać inną twarz czeskiej literatury, niż ta, którą tak dobrze w Polsce znamy), ale z drugiej sama mam chyba symptomy tej czeskiej choroby, jak to ładnie określiłeś, bo jeśli ktoś za bardzo odchodzi od tego „czeskiego” spojrzenia na świat, to choć potrafię docenić u niego artyzm, nigdy bliski memu sercu nie będzie.

    • Paweł Cybulski napisał(a):

      Dzięki! Książkę Rudisa muszę sprawdzić w takim razie 🙂 A co do „czeskości” książek – też miałem duże rozterki w momencie pisania tekstu, bo z automatu narażam się na zarzut, że nie oczekuję od Czechów niczego nowego/innego w literaturze. Zdecydowałem się jednak o tym napisać, bo: a) nie był to jedyny zarzut, jaki miałem do sformułowania, b) miejscami miałem wrażenie, że Pech chciałby tak napisać, ale albo mu się koncepcja zmieniła i w książce zostały tylko okruchy takiego podejścia, albo trochę nie potrafił 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *