Blues to tylko punkt wyjścia!-Pola Chobot & Adam Baran[CZEGO SŁUCHAĆ]
Styczeń 23, 2018
Premiery Miesiąca. Odcinek 6 – Luty
Styczeń 30, 2018

Bob Dylan – Tarantula [RECENZJA]

Gdy Bob Dylan został laureatem Literackiej Nagrody Nobla, opinie na ten temat były skrajne. Jedni piali z zachwytu, inni pukali się w czoło. Na pewno jednak Dylan nie pozostawił nikogo obojętnym. Podobny los czeka z pewnością jego książkę “Tarantula”, która właśnie dotarła do Polski. Blisko 50 lat po premierze w USA, Biuro Literackie zdecydowało o jej “sprowadzeniu” nad Wisłę.

Bob Dylan

Była to decyzja bardzo odważna, przełomowa i jednocześnie poniekąd wymuszona. Jak można się dowiedzieć od przedstawicieli wydawnictwa i tłumacza – Filipa Łobodzińskiego, “Tarantula” była częścią większej umowy z dysponentami praw do utworów Dylana. Traf chciał, że Biuro Literackie negocjowało z nimi wydanie zbioru z tłumaczeniami piosenek Dylana w momencie, gdy ten otrzymał Nobla. To “z automatu” podniosło cenę i żeby zapewnić sobie wyżej wspomniane prawa, a jednocześnie nie zbankrutować, wydawnictwo zobowiązało się też do wydania m.in. “Tarantuli”. Jej tłumaczenia podjął się, podobnie jak w przypadku piosenek, Filip Łobodziński. I w opinii wielu porwał się na rzecz praktycznie niewykonalną. To nie przypadek, że książka do tej pory ukazała się jedynie w kilku językach poza angielskim.

Mamy do czynienia z tak skomplikowaną materią, że prawdopodobnie większość tłumaczy połamałaby sobie na niej zęby. Swego rodzaju “odprysk” w twórczości Dylana, który powstawał w drugiej połowie lat 60. to godny przedstawiciel swojego pokolenia.Czuć tutaj zarówno fascynację Dylana popkulturą amerykańską, jak i wpływ różnych używek na formę tych zapisków. Używam takiej formy na określenie zawartości “Tarantuli”, bo ciężko jest konkretnie scharakteryzować zawartość tej książki. Można by się pokusić o nazwanie tego serią krótkich eksperymentów prozatorskich, absurdalnych nie-opowiadań, relacji z solidnie wykoślawionej rzeczywistości. Dobra wola i duży dystans to coś, bez czego lepiej nie siadać do lektury.

Filip Łobodziński

Poszczególne rozdziały trzymają się mniej więcej jednej formy, jednak w jej obrębie potrafią się od siebie dość znacząco różnić. W jednym tekście będziemy mieli w miarę czytelną opowieść, którą da się rozszyfrować i mniej więcej zrozumieć, mimo językowych dziwolągów używanych przez Dylana. Inne to z kolei szalona jazda bez trzymanki, gdzie trudno jest nawet określić podmiot konkretnych zdań, nie mówiąc już o większym sensie całej wypowiedzi. Ten pozorny bezsens i chaos mają jednak zadziwiająco dużo uroku, zwłaszcza gdy nieco się w tej lekturze okrzepnie. Pod absurdalną otoczką Dylan przemyca dużo humoru i dużo mądrości, dla odkopywania których warto w “Tarantulę” się zagłębiać.

“Tarantula” sprawi też niemało radości miłośnikom kultury amerykańskiej lat 60. To mocno zakręcony, ale jednocześnie bardzo kompetentny przewodnik po zjawiskach i nazwiskach tamtego czasu. Dostrzega to też Łobodziński, który stosuje mnóstwo przypisów. Dzięki nim nawet czytelnik mniej obeznany z kulturą USA nie pogubi się gąszczu cytatów i odniesień. Do części z nich Łobodziński podszedł zresztą w twórczy sposób. Tam, gdzie kontekst mógłby być dla polskiego czytelnika zupełnie niezrozumiały, albo tam, gdzie dla zjawisk występują polskie odpowiedniki, tłumacz śmiało po nie sięga. W ten sposób w twórczości Dylana zadomowił się chociażby Franek Kimono. Pamiętać też trzeba, że ten sam patent Łobodziński wykorzystał przy przekładaniu piosenek Dylana.

Cała translatorska robota Łobodzińskiego zasługuje na osobny akapit i wielki szacunek. Wziął się za bary z utworem niemalże nieprzetłumaczalnym i zrobił z niego małe arcydzieło. Często uważa się, że tłumacz nie tyle przekłada czyjąś pracę na inny język, co niemalże pisze ją od nowa. W tym przypadku można to stwierdzenie przyjąć bez cienia wątpliwości. Trans słowny, jaki zaoferował czytelnikom Dylan, wymagał z pewnością specjalnego potraktowania – z szacunkiem, ale jednocześnie zdecydowanego. Podejście do tego tekstu ze zbyt dużym respektem mogłoby skończyć się katastrofą. Na szczęście jest zupełnie odwrotnie. “Przysposabiając” książkę polskim czytelnikom na tyle, na ile to było możliwe, Łobodziński jednocześnie zachował to, co w stylu Dylana najcenniejsze: rozedrgany, wibrujący język i zupełną anarchię słowną. Wydaje się, że w ten sposób Dylan próbował też “ugryźć” specyfikę drugiej połowy lat 60., z całą jej psychodeliczną i kulturową otoczką. Zachowanie tego klimatu to olbrzymia zasługa polskiego tłumacza.

Ciężko o jednoznaczną ocenę książki Dylana, bo ona sama jest bardzo niejednoznaczna. Tak jak wspominałem we wstępie, opinie najpewniej będą skrajne. Niestety, ale chyba z przewagą negatywnych. Chciałbym się mylić, ale podejrzewam, że większość czytelników książka odstraszy swoją formą i wymaganiami, jakie przed nimi stawia. Warto dać jej jednak szansę i przebrnąć przez kilka tekstów – gdy złapie się odpowiedni rytm, reszta idzie lepiej i czerpie się z lektury niebywałą satysfakcję. Ja jestem zachwycony – nie sądziłem, że kiedykolwiek będzie mi dane obcować z tym tytułem w polskim przekładzie. Mam olbrzymi szacunek do Biura Literackiego i Filipa Łobodzińskiego, że zdecydowali się na ten krok.

DO SŁUCHANIA:

Dylan.pl – Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru

Wspomnianej w tekście książce ze spolszczonymi piosenkami Dylana, towarzyszyła też płyta zespołu Dylan.pl, dowodzonego przez Filipa Łobodzińskiego. Możemy na własne uszy przekonać się, jak brzmią przeboje Dylana po polsku, w dodatku bardzo rzetelnie zaaranżowane i wykonane z dużym zaangażowaniem. Łobodziński udowadnia na tej płycie, że jest nie tylko zdolnym tłumaczem, ale i wykonawcą. I choć niektórzy zarzucają mu nazbyt “studencki” sposób śpiewania, to w gruncie rzeczy dość dobrze pasuje on do tego typu muzyki. Nie oszukujmy się, Dylan też wielkim wokalistą nie jest. Dodatkowym smaczkiem są goście występujący na płycie – w kilku utworach Łobodzińskiego wokalnie wspierają Pablopavo, Maria Sadowska, Muniek Staszczyk czy Tadeusz Woźniak, przydając interpretacjom jeszcze większego uroku. Bardzo dobra płyta!

B. Dylan, Tarantula, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2018.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *