TOP 10 seriali na podstawie książek
Styczeń 8, 2018

Ignacy Karpowicz – Miłość RECENZJA

Gdy książka jeszcze przed oficjalną premierą jest już przez co niektórych uznawana za jedną z najlepszych w roku, to trzeba się mieć na baczności. Albo jest wybitna i z marszu wejdzie do kanonu, albo ma dobry PR i zaprzyjaźnionych redaktorów tam, gdzie trzeba.

Ignacy Karpowicz

Przykro mi to mówić, ale w przypadku „Miłości” Ignacego Karpowicza mamy do czynienia z tym drugim scenariuszem. Piszę te słowa z dużym bólem, bo od czasów „Ballad i romansów” i „Sońki” jestem fanem autora. Nieoczekiwana premiera „Miłości” była dla mnie dużym wydarzeniem i od momentu zapowiedzi na książkę czekałem z niecierpliwością. Jednocześnie w zaniepokojenie wprawił mnie ranking „Książek”, gdzie nową powieść Karpowicza uznano za jedną z najlepszych w 2017 roku. Przed premierą. Mocne wejście i jak się okazało, zupełnie nieadekwatne do jakości samej książki. Chciałbym pominąć w tym miejscu kontrowersyjne powiązania osobiste Karpowicza z redakcją magazynu i jego dziennikarską współpracę z tymże, ale najwyraźniej się od tego nie ucieknie. Co było w tej sprawie do powiedzenia, to już zostało powiedziane, przez Internet przetoczył się szereg dyskusji, więc pozwólcie, że nie będę tego wątku rozwijał. Trzeba mieć go jednak z tyłu głowy. Skupmy się na samej książce i na tym, dlaczego nie zasłużyła na miano jednej z najlepszych powieści 2017 roku.

Ciężko „Miłość” nazwać nawet powieścią, tak naprawdę chyba do końca nie ma dla niej dobrej definicji. Składa się z trzech części: „Piękna”, „Prawdy” i „Dobra”, przeplatanych częścią „pamiętnikową”, będącą zapisami z życia pisarza, w domyśle alter ego autora. Choć da się między tymi składowymi znaleźć wspólne motywy, to tak naprawdę wyglądają, jakby były szkicami osobnych książek, trochę na siłę połączonych w jeden tom. Motywem przewodnim jest problem homofobii, dotykający ludzi różnych kultur i różnych klas społecznych. Potencjał na dobrą powieść jest więc niezaprzeczalny. Szkoda, że rozmył się w bylejakości poszczególnych części książki. Bez wątpienia najciekawszą z nich jest ta nienazwana, pamiętnikowa. Pokazuje, że Karpowicz to wciąż pisarz dużego kalibru, który wie jak przykuć uwagę czytelnika. Przejmująco opowiada historię bólu po stracie ukochanej osoby (ojca) i odkrywa wraz z czytelnikami uroki związku homoerotycznego.

Spośród części nazwanych, najbardziej obiecująco jawi się „Piękno”, będące obrazkiem z życia Jarosława Iwaszkiewicza. Rozdarty pomiędzy swoje miłostki i dom rodzinny, nie potrafiący poradzić sobie ze śmiercią kochanka, Iwaszkiewicz musi też stawić czoła problemom osobistym żony. Portretując skomplikowane życie uczuciowe wybitnego pisarza, Karpowicz sięga też po jego język. I o ile początkowo ma to swój urok, to im dalej w las tym ma się wrażenie, że coraz bliżej jesteśmy delikatnej parodii niż hołdu dla wielkiego poprzednika.

Problem z językiem nie dotyczy zresztą tylko tej części książki. Równie nieporadnie jest w przypadku pozostałych rozdziałów. Czy mówimy o rozdziale dotyczącym Polski za kilkadziesiąt lat, czy o tym stylizowanym na baśń o nieszczęśliwym księciu. W tym pierwszym przypadku razi sztuczność języka i próba kreowania mało błyskotliwych nazw, nawet w sytuacji gdy obecne są w języku polskim dobrze już zakorzenione. “Książkoplik”? Nawet w jakimś nastawionym antyglobalistycznie systemie politycznym nikt nie pozwoliłby na takie potworki językowe. Ciężko więc uwierzyć, żeby rządzące od wielu lat w świecie powieściowym Prawo i Swoboda miało być tutaj wyjątkiem. Zdaję sobie sprawę, że to nawiązanie do tradycji PRL i próba wykreowania kolejnej nowomowy na potrzeby książki, ale coś tutaj ewidentnie nie zagrało. W wielu przypadkach jest to po prostu śmieszne, a nie skłaniające do myślenia. Drewniane dialogi i zbędny patos rażą tylko trochę mniej. Teoretycznie budować miały realizm, w praktyce uczyniły świat przedstawiony maksymalnie sztucznym.

Lepiej pod względem językowym wypada “Dobro”. Też co prawda trochę naiwne i tak baśniowe, że aż przebaśniowione, ale język jest przynajmniej adekwatny do treści. Co nie znaczy, że jest to rozdział ciekawy. To historia trudnej męskiej miłości, która nie może się zrealizować przez mniej lub bardziej obiektywne przeszkody. Niczym nie zaskakuje, raczej powiela schematy, dodając od siebie jedynie wątek homoerotyzmu.

Jak to już było wspomniane, zdecydowanie jasnym punktem powieści jest część nienazwana, będąca swego rodzaju pamiętnikiem pisarza. Być może nadinterpretuję, ale wydaje się, że to w niej tkwi właśnie klucz do zrozumienia “Miłości”. “Piękno”, “Dobro” i “Prawda” pokazują miłość homoseksualną na różne sposoby, jednak to poruszająco opisywany Zbyszek i miłość pisarza do niego, łączą wszystkie rozdziały w całość. Jest to na tyle dobre, że z powodzeniem mogłoby służyć za punkt wyjścia do pełnoprawnej powieści. Jednak z jakiegoś powodu zostało użyte jako lepiszcze, konstytuujące obecność innych rozdziałów – zdecydowanie słabszych i ewidentnie nie do końca przemyślanych, niedokończonych.

“Miłość” to książka po prostu niedobra, mająca “momenty” i kilka ciekawych miejsc, ale jak na autora pokroju Karpowicza to zdecydowanie za mało. Po jego dwóch ostatnich książkach mieliśmy prawo oczekiwać czegoś naprawdę mocnego, tymczasem pod przykrywką nowej powieści dostaliśmy cztery niedopracowane niby-opowiadania, udające jakąś całość. Mam nadzieję, że to tylko wypadek przy pracy i niedługo znów będę mógł pisać o Karpowiczu “jeden z moich ulubionych pisarzy”. “Miłością” chwilo póki co się z tego grona wykluczył.

DO SŁUCHANIA:

Maciej Obara Quartet – Unloved

Cieszę się, że na osłodę słabej lektury mogę Wam zaoferować prawdziwie piękną muzykę, która w dodatku już w tytule przewrotnie koresponduje z omawianą książką. Saksofonista Maciej Obara, bo o jego dziele tu mowa,  powoli wyrasta na jedną z największych gwiazd polskiego jazzu współczesnego. Od lat konsekwentnie rozwija swój styl i język muzyczny, a teraz został za to nagrodzony kontraktem płytowym w jednej z najbardziej prestiżowych wytwórni jazzowych na świecie – ECM.

I można mieć nadzieję, że zagości w jej katalogu na dłużej, bo “Unloved” to naprawdę udana płyta. Blisko 50 minut muzyki, głównie autorskiej (poza tytułowym utworem autorstwa Krzysztofa Komedy), będzie doskonałym wyborem dla wszystkich, którzy poszukują w muzyce liryzmu, umiejętnego budowania napięcia i pozostawiania przestrzeni na interpretacje słuchacza. To muzyka, która rzeczywiście łagodzi obyczaje i nie pozwalała mi zbyt długo denerwować się na kolejne “książkopliki” Karpowicza.

I. Karpowicz, Miłość, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *