Robert Cichy – Smack [CZEGO SŁUCHAĆ]
Luty 15, 2018
Premiery miesiąca – odcinek 7. Marzec
Luty 27, 2018

Steve Sem-Sandberg – Burza [RECENZJA]

Steve Sem-Sandberg, autor kontrowersyjnych, ale i dobrze u nas przyjętych “Biednych ludzi z miasta Łodzi” powraca do Polski z nową powieścią. “Burza”, która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Literackiego, to z pewnością jedna z najważniejszych premier początku 2018 roku.

Samotna wyspa pośrodku niczego, odizolowana od stałego lądu tak bardzo, jak to tylko możliwe. Zamieszkujący ją ludzie to outsiderzy, którzy nie lubią wchodzić w zbyt bliskie relacje z innymi. Skrywają tajemnice, które nigdy poza tę wyspę wyjść nie powinny. Pamiętają wydarzenia, których pamiętać nie należy. Na taką właśnie wyspę trafiają wraz z rodzicami Andreas i Minna.

Steve Sem-Sandberg

Szybko okazuje się, że rzeczywistość, w jakiej przychodzi im żyć, daleka jest od idealnej – pozostawieni na wyspie przez rodziców, w okolicznościach co najmniej dziwnych, trafiają pod opiekę Johannesa – swego rodzaju gospodarza wyspy, asystenta tamtejszej szarej eminencji. Na jaw wychodzą kolejne dziwne wydarzenia, odzywają się demony przeszłości, a nad wszystkim krąży duch nazistowskich eksperymentów. Wspomnienia odżywają, gdy po śmierci Johannesa na wyspę powraca Andreas by uporządkować rzeczy po zmarłym. Historia wyspy uderza go ze zdwojoną siłą.

Choć sama historia to fikcja, Sem-Sandberg inspiruje się prawdziwymi miejscami i prawdziwymi wydarzeniami. Sam dorastał na podobnej wyspie, gdzie prym wiodła bogata rodzina o dużych wpływach, której członkowie zaangażowali się w działalność rządu Vidkuna Quislinga kolaborującego z III Rzeszą. Wracając do swojego dzieciństwa, autor nie tylko otwiera przed czytelnikami zapis z poszukiwań własnej tożsamości i przeżywania na nowo wspomnień. Próbuje też stawiać ważne pytania o to, czy to na pewno my jesteśmy właścicielami naszej historii i czy każdy z nas jest tym, za kogo się uważa.

Już samo to byłoby na pewno ciekawe i inspirujące, ale dla Sem-Sandberga to za mało, bo dorzuca do tego jeszcze pięknie rozwijającą się fabułę. To, co z początku w “Burzy” niepozorne i migoczące gdzieś w tle, stopniowo wychodzi na wierzch i nabiera rozmachu. Zaczyna się skromnie, stopniowo zyskując ciężar gatunkowy i coraz poważniejszą wymowę. Ponury, gęsty skandynawski klimat, kawałek po kawałku, strona po stronie przejmuje wiodącą rolę w opowieści snutej przez autora. Mroczna atmosfera sprawia, że czytelnik cały czas czuje się jakby balansował na krawędzi jawy i snu, a wrażenie to potęgowane jest przez niespieszne tempo powieści. Jesteśmy książką przytłoczeni i zaniepokojeni, ale jednocześnie zafascynowani.

To mi przypomina, dlaczego tak bardzo ukochałem serial “Twin Peaks” Davida Lyncha i Marka Frosta (a szczególnie jego późniejsze odsłony). Tam też w sytuacjach, gdzie pozornie nie dzieje się nic, dzieje się najwięcej. I choć teoretycznie nie ma tam nic nadzwyczajnego, to nie można się od tej historii oderwać. Tak samo jest z Sem-Sandbergiem i chyba dlatego tak bardzo mnie wciągnął do swojego świata.

Niespieszne tempo udzieliło mi się też jako recenzentowi. Dość szybko zorientowałem się, że nie jest to tytuł, który można przeczytać i szybko zrecenzować – na gorąco. Zbyt dużo kwestii wymagało przemyślenia i ułożenia w głowie. Zbyt dużo czasu potrzeba, żeby książkę w pełni zrozumieć.

Gdy jednak ją zrozumiałem i przetrawiłem, to nie miałem wątpliwości – Wydawnictwo Literackie może się pochwalić doskonałym tytułem. Każdemu z nas powie coś, czego o sobie nie wiedzieliśmy, oferując przy tym fantastyczną, klimatyczną i inteligentnie zbudowaną historię. Taką, którą chce się przeżywać jeszcze raz i odkrywać w niej nowe znaczenia. A to cechuje tylko książki naprawdę znakomite.

PS. Do fanów Szekspira – jeśli tytuł książki wydaje się wam znajomy, to nie mylicie się. Inspiracja Szekspirem też znalazła w “Burzy” Sem-Sandberga swoje miejsce i uzasadnienie. Ba, dramat słynnego Brytyjczyka w pewnym sensie wpłynął nawet na ostateczny kształt tej książki! Ciekawe, ilu z czytelników znajdzie te odwołania i powiązania.

DO SŁUCHANIA:

Barbara Wrońska – Dom z ognia

Basia Wrońska to przypadek trochę z tego samego gatunku, co opisywany niedawno na blogu Robert Cichy. Choć na rynku muzycznym obecna od wielu lat, dopiero teraz zdecydowała się na solowy debiut. Współtwórczyni sukcesów zespołów Pustki i Ballady i Romanse tym razem postanowiła pokazać słuchaczom swoje inne oblicze. I podobnie jak w przypadku prozy Sem-Sandgerga, dociera do jakichś nowych wniosków o sobie samej i swojej tożsamości.

Na pierwszy plan na pewno wysuwa się wszechstronność artystki. Wyzwolona z ram konwencji zespołów, w których występuje, dała upust swojej kreatywności. To i dobrze i źle, bo jej płyta jest bardzo zróżnicowana – chwilami aż  za bardzo. Przypomina trochę zestaw singli, a nie album. W przypadku Wrońskiej uznaję to za plus, bo obserwujemy pełen przekrój jej muzycznych zainteresowań (od soulu, przez syntetyczne brzmienia lat 80. po nowoczesną elektronikę), a rozstrzał stylistyczny albumu najprawdopodobniej wynika z faktu, że materiał na niego był zbierany dość długo. Tak czy inaczej, Wrońska z Sem-Sandbergiem smakowała świetnie!

S. Sem-Sandberg, Burza, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *