5 książek z dobrym początkiem
Luty 6, 2018
Walentynkowy anty-poradnik. Jak nie podrywać na książki
Luty 13, 2018

Ula Ryciak – Nela i Artur. Koncert intymny Rubinsteinów [RECENZJA]

Gdy wybitny artysta poza talentem obdarzony jest też wybitną osobowością, jego życie musi stanowić wyjątkowo smaczny kąsek dla biografów. Jeśli potrafią podejść do tematu w należyty sposób, można liczyć na pasjonującą historię. W przypadku biografii Artura i Neli Rubinsteinów nie wszystkie elementy tej układanki znalazły się na swoich miejscach.

Ula Ryciak, znana chociażby z przebojowej biografii Agnieszki Osieckiej, postanowiła zmierzyć się z trudną materią. Za taką niewątpliwie uchodzi próba opisania relacji w małżeństwie gwiazdora-playboya, postaci znanej i cenionej na całym świecie i jego ślepo niemal oddanej, wiernej żony. Sposób widzenia na sprawę wydaje się jednoznaczny i trudno zapewne podejść do tematu inaczej niż z punktu widzenia kobiety właśnie. Tej będącej w cieniu, nieświadomej i niedocenianej.

Artur Rubinstein

Tak naprawdę książka “Nela i Artur. Koncert intymny Rubinsteinów” nie jest więc biografią ani Artura Rubinsteina, ani jego związku z Nelą. Jest raczej biografią Neli, przez pryzmat której Ryciak opowiedziała o wielkim pianiście i jego małżeństwie. Nie zajęło mi dużo czasu, by dojść do takiego wniosku, ale do tej pory nie wiem, czy była to dobra decyzja autorki. Na pewno dzięki temu możliwe było uczłowieczenie gwiazdy i pokazanie jej od innej strony. Mam jednak z kolei wrażenie, że perspektywa Neli została wykorzystana trochę na siłę, bez wystarczającego umotywowania tego wyboru w tekście książki. A historia ma ogromny potencjał, to nie ulega wątpliwości.

Być może moje podejście wynika z tego, że ciężko mi było przez całą książkę polubić Nelę-bohaterkę. Gdyby to nie była biografia, wręcz trudno byłoby uwierzyć, że ktoś może być tak ślepo zapatrzony w drugą osobę i nie dostrzegać rzeczy ewidentnych. A za takie uchodziły liczne romanse Artura Rubinsteina – nawet dla ich dzieci. Ba, Artur nawet noc poślubną spędził z inną kobietą! Nela tymczasem skupiała się na dogadzaniu mu na różne sposoby, zachwycając swoimi kulinarnymi zdolnościami kolejnych gości odwiedzających ich dom. Dopiero gdy będąc po osiemdziesiątych urodzinach oświadczył jej, że odchodzi z inną kobietą, spadły jej klapki z oczu.

Historia to i piękna i tragiczna, wydawałoby się więc, że będzie to świetny materiał na książkę. I jeśli odrzuci się mój zarzut o miałkości Neli jako bohaterki, to wiele można z niej wyciągnąć. Książkę czyta się dobrze, jest utrzymana w dobrym tempie, co i rusz można się dowiedzieć czegoś ciekawego o Rubinsteinie i jego środowisku muzycznym, poznać kulisy wielu interesujących wydarzeń. Momenty przestoju i uspokojenia znajdujemy tak naprawdę tylko wtedy, gdy akcja książki przenosi się do Wenecji, w której pod koniec życia przebywała Nela. I tutaj też tkwi jeden z największych gwoździ do trumny tej książki.

O ile sam pomysł z retrospekcjami nie wydaje się zły, o tyle jego wykonanie sprawiło, że tym bardziej trudno mi było się do książki przekonać. Głównie za sprawą języka. Jest piękny i poetycki, z tym, że… aż do bólu. Podobnie jest napisana i cała reszta biografii, ale we fragmentach “weneckich” uderza to szczególnie. Być może niektórym porównanie wyda się przesadzone, ale w zbyt wielu momentach proza Ryciak przypominała mi niesławne wyczyny Magdaleny Ogórek, ochrzczone już mianem “ogórkizmów”. “Ogórkizmy”, czyli treści stylizowane na głębokie i znaczące, ale niewnoszące nic istotnego do przedstawianej historii. Przyjrzymy się przykładowym cytatom z obu książek. Na początek Ogórek:

Po 6:00 budzą mnie pierwsze promienie słońca. Przez moment leżę nieruchomo w łóżku, ale po chwili odrzucam ciepłą kołdrę i wstaję. Dzień ponownie zapowiada się upalny, choć ja zmarzłam tej nocy. Dopiero podczas śniadania udaje mi się rozgrzać czarną herbatą z cytryną. Gdy po godzinie wychodzę z hotelu, słońce nad Wełtawą przygrzewa już mocno. Dokładnie taki sam słoneczny dzień jest we wrześniu 1941 r. Do Pragi przybywa kat Hitlera, Reinhard Heydrich, nowy Protektor Czech i Moraw.

Teraz oddajemy głos Uli Ryciak:

Granatowa powłoka nieba, zniecierpliwiona bezruchem, ciemnieje. Straganiarka daje kulawemu żebrakowi dwa precle. Zaczyna zwijać swój majdan. Nela otula się płaszczem. Może z kolekcji znanych szaleńców przychodzi jej teraz do głowy Ezra Pound? W 1908 roku, gdy ona przyszła na świat, on, ubogi Odys, przypłynął do Wenecji.

albo:

Od wypadku Grace upłynęły trzy miesiące, gdy w poniedziałkowy wieczór 20 grudnia zadzwonił telefon. Słuchała bez słów. Odłożyła słuchawkę. Złapała oddech. Może pomyślała o partyturach, które pokryją się teraz kurzem. Odwykną od jego rąk. Przecież od dawna już ich nie przekładał. Był prawie ślepy.(…) Kiedy gasną ludzie, budzą się rzeczy. Pełne ich śladów.

Książki pokazuję też na Instagramie – wpadnijcie!

Jeśli ktoś by się kiedyś jeszcze zastanawiał, co zrobić, gdy zamówiona książka nie chce się magicznie rozciągnąć do przyzwoitych 300 stron – oto odpowiedź. I daleki jestem od zarzucania Ryciak złych zamiarów, ale trudno mi te grafomańskie wybryki tłumaczyć inaczej, niż koniecznością zapełnienia kolejnych kart książki. W to, że chciała tak pisać od początku, trudno mi uwierzyć.

Mam więc z biografią Rubinsteinów duży kłopot. Na pewno jest to książka ważna i wartościowa, dokumentująca życie niezwykłego człowieka i jego słabości. Ma też sporo fajnych momentów, które nadają książce unikatowy rys, jak choćby ważny wątek kulinarnych talentów Neli. Jednak żeby wychwycić te plusy, trzeba przebrnąć przez wiele akapitów nieczytalnych, które u co wrażliwszych czytelników spowodują pewnie atak śmiechu albo stan przedzawałowy (w zależności od rodzaju wrażliwości). Dobrze, że ta biografia powstała, ale myślę, że Rubinstein i jego żona zasługują na coś lepszego.

DO SŁUCHANIA:

Krzysztof Zalewski – Zalewski śpiewa Niemena

Tak już mam, że do książek, które nie spełniają moich oczekiwań, czy wręcz mnie zawodzą, dobieram zazwyczaj płyty bardzo dobre, albo wybitne. W ramach małej, prywatnej rekompensaty. Tutaj też nie zrobiłem wyjątku. Trudno by mi było go zrobić zwłaszcza, że w ostatnim czasie nie słuchałem prawie nic innego poza najnowszą płytą Krzysztofa Zalewskiego. A że też poświęcona jest wybitnemu artyście, tym lepiej.

Album z twórczością wielkiego mistrza i autorytetu to przedsięwzięcie nie byle jakie. Duże ryzyko i olbrzymie oczekiwania – zarówno ze strony własnych fanów, jak i miłośników twórczości oryginalnej. Na szczęście Krzysztof Zalewski to artysta, który kulom się nie kłania i zrobił z twórczości Niemena świetny, nowocześnie i spójnie brzmiący album, który sprawi wiele radości każdemu, kto wrzuci go do odtwarzacza.

Można by się jednak przyczepić, że Zalewski zbyt często i zbyt gęsto naśladuje manierę Niemena. Pytanie, czy robi to z szacunku, czy dlatego, żeby pochwalić się, że potrafi, zostawiam otwarte. Ważne, że daje radę i śmiem twierdzić, że jego hołd jest na dużo wyższym poziomie wykonawczym niż tribute to Janis Joplin w wykonaniu Natalii Przybysz (która, notabene, śpiewa na płycie Zalewskiego chórki wraz ze swoją siostrą Pauliną). Najważniejsze jest jednak to, jak dużą swobodę zostawił Zalewski swojemu zespołowi. Dzięki temu nawet najstarsze kompozycje Niemena brzmią światowo i nowocześnie, zyskały pazur tam, gdzie go czasem brakowało oryginałom i razem tworzą bardzo spójną płytę. To bardzo ważne, zważywszy na to, że pochodzą praktycznie z całego okresu twórczości Niemena.

Nie mam wątpliwości, że tak powinny właśnie wyglądać i brzmieć “tributy”. Wybitna płyta, która w moim przekonaniu dała Zalewskiemu wstęp do świadomości wielu pokoleń słuchaczy. Może też przy tej okazji ktoś dowie się, kim był Czesław Niemen? Tym lepiej dla niego.

U. Ryciak, Nela i Artur. Koncert intymny Rubinsteinów, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *