3 najlepsze zdjęcia z mojego Instagrama
Marzec 5, 2018
5 ciekawych filmów o książkach
Marzec 16, 2018

Karl Ove Knausgard – Moja walka. Księga 6 [RECENZJA]

Dobiega końca prawdopodobnie największe literackie przedsięwzięcie XXI wieku! Nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazał się właśnie ostatni tom monumentalnej “Mojej walki” Karla Ovego Knausgarda. Czego możemy się po nim spodziewać?

Już samo tylko spojrzenie na książkę musi budzić do niej respekt. 1100 gęsto zadrukowanych stron robi wrażenie nawet na amatorach poprzednich części “Mojej walki”. Choć każda z nich była gruba i śmiało mogłaby posłużyć za cegłę, to przy ostatnim tomie Norweg przeszedł sam siebie. W efekcie dostaliśmy cykl, którego łączna długość to jakieś 4500 stron! Jakby tego było mało, nie mniej rozbuchana jest też zawartość części szóstej.

Karl Ove Knausgard

Punktem wyjścia jest to, co wszyscy znamy i lubimy (bądź nie), czyli historia życia autora. W ostatniej części cyklu wracamy niejako do jego początku, bo po kilku tomach przenoszących czytelnika w przeszłość, znów jesteśmy w XXI wieku i w pewien sposób kontynuujemy wątek, który kończył tom drugi. To w nim Karl Ove zapoczątkował prace nad “Moją walką” i postanowił w sposób szalenie ekshibicjonistyczny opowiedzieć o swoim życiu. Teraz akcja zaczyna się w momencie, gdy duża część cyklu jest już skończona, a autor szykuje się do premiery tomu pierwszego.

Szykuje się w doskonale znanym już wszystkim stylu. Jest przewrażliwiony na swoim punkcie, chorobliwie niepewny siebie i nade wszystko – płaczliwy. Gdy okazuje się, że jego stryj po przeczytaniu książki chce wstrzymać jej publikację i grozi procesem, Karl Ove jest na przemian załamany, zdenerwowany i zdemotywowany. Zaczyna mieć wątpliwości (który to raz?) odnośnie własnego pisarstwa, zastanawia się, czy na pewno wszystko dobrze pamięta i czy wiernie opisał najważniejsze wydarzenia.

W tych jego rozważaniach ponownie odbija się to, za co część czytelników pokochała prozę Norwega, a za co druga część ją znienawidziła. Jak zwykle potrafi zajmująco i na dwóch stronach opowiadać o tym, jak palił papierosa i robił sobie kawę i jak bardzo tego potrzebuje do życia. Jednak dla kogoś, kto przeczytał poprzednie 3400 stron “Mojej walki” nie będzie to już nic odkrywczego. Dziwne by zresztą było, gdyby nagle w ostatnim tomie Knausgard zaczął pisać inaczej. Podobnie jak wcześniej, bohater-autor jest też niesłychanie irytujący i jednocześnie niesłychanie fascynujący. Opisuje siebie jako gbura, ale wrażliwego, artystę, który musi się zmagać z trudami życia rodzinnego. Doprawdy, jeśli jest w rzeczywistości taki, na jakiego się kreuje, jego rodzina nie ma z nim łatwego życia.

Rodzina Knausgarda to też jeden z najważniejszych bohaterów tej powieści. Ona stała się inspiracją do napisania książki, ona też prawdopodobnie najbardziej na niej ucierpiała. Pomijając już wątek stryja i pretensje krewnych ze strony ojca, współczucie musi budzić sytuacja, w jakiej znalazła się żona autora i jego dzieci. Pisząc powieść w ten sposób, Knausgard zapoczątkował eksperyment na żywym i wrażliwym organizmie. Dość powiedzieć, że premierę pierwszych tomów jego żona okupiła poważnym załamaniem nerwowym. Mając w pamięci, to co o niej pisał w początkach cyklu, nie zamierzam jej się dziwić. Została potraktowana bardzo szczerze, ale w wyniku tego wręcz okrutnie. Knausgardem niejednokrotnie miotały sprzeczne uczucia, kochał ją i nienawidził jednocześnie, czemu nie omieszkał dać wyrazu w książce. W tomie szóstym też jej się nieco oberwało. Wygląda jednak na to, że realny wpływ “Mojej walki” na rodzinę autora poznamy dopiero wtedy, gdy jego dzieci dorosną i być może będą chciały się podzielić wspomnieniami. Póki co wiemy tyle, że kilka lat po premierze powieści jego małżeństwo się rozpadło. Przyznam, że jego szczerość jest niekiedy wręcz zdumiewająca i zatrważająca. O ile to faktycznie szczerość, a nie kreacja na potrzeby powieści. Również z takimi zarzutami musi się mierzyć autor. Zwłaszcza w omawianym tu ostatnim tomie, gdy zaczyna sam sobie zadawać pytania, czy na pewno wszystko dobrze pamięta, czy czegoś nie zmyślił. Nie wyklucza takiej możliwości, więc sam też dolewa oliwy do ognia spekulacji dotyczących jego książki.

Nie ulega wątpliwości jedno – Knausgard przez całe sześć tomów, przez całe 4500 stron pisze po prostu zachwycająco. Można dyskutować, czy któryś tom jest lepszy czy gorszy, czy wszystkie są potrzebne, ale jeśli ktoś raz dał się porwać Knausgardowi, z przyjemnością odda mu się po raz kolejny. Choć pisze często o rzeczach błahych, to nie jest to błaha literatura. Pokusiłbym się o nazwanie jej “kryminałem dnia codziennego”. Przed lekturą “Mojej walki” nie zdawałem sobie nawet sprawy, ile dramaturgii może być w tym przysłowiowym już parzeniu kawy czy przygotowywaniu krewetek. A jeśli dojdą do tego jeszcze relacje międzyludzkie, to naprawdę emocje sięgają często zenitu. Najlepsze jest przy tym, że gdy już myślimy, że rozwiąże się jakaś zagadka, coś się wyjaśni, rozwiązanie jest banalne, jak i całe życie większości z nas. Knausgard nie okazuje się tutaj nikim szczególnym. Ale co się naemocjonowaliśmy przy domysłach “co teraz będzie”, to nasze.

Warto jednak podkreślić, czym szósty tom różni się od pozostałych i co decyduje o jego wyjątkowości. Tym elementem robiącym różnicę, jest bardzo obszerny i bardzo skomplikowany esej o… nazizmie i Hitlerze. Pewnie większość z czytelników Knausgarda zastanawiała się, czy tytuł jego powieści ma coś wspólnego z niechlubnym tworem Adolfa Hitlera. Pozostawało to niewyjaśnione aż do ostatniej księgi, której spora część to rozważania o Hitlerze właśnie. Jak się tam znalazły i po co? Trudno to zrozumieć i racjonalnie wyjaśnić, bo tak olbrzymi wtręt nie broni się zestawiony z wątkiem fabularnym. Pytanie, czy nie broni się, bo jest słaby, czy dlatego, że jest niepotrzebny?

Wśród osób zajmujących się prozą Ksnausgarda krążą teorie, że miał ten tekst napisany wcześniej, być może na jakieś zamówienie, które nie zostało zrealizowane, a potem stwierdził, że to się przyda do uzasadnienia tytułu cyklu. Faktem jest, że nawet jeśli Karl Ove miał jakiś konkretny zamysł dotyczący tego fragmentu, nie potrafił tego dobrze umotywować fabularnie. W szóstym tomie co jakiś czas próbuje niby prowadzić swoje rozważania o sztuce, żeby jakoś połączyć je z ideologią nazistowską, ale wygląda to podejrzanie. Tłumaczenia o znalezionej w pamiątkach rodzinnych nazistowskiej przypince i egzemplarzu „Mein Kampf” też brzmią mętnie. Zwłaszcza, że w poprzednich tomach nie było to eksponowane, a logicznym jest, że powinno – mogłoby wtedy zbudować większą dramaturgię.

Mętny jest też sam esej. Wychodząc od rozważań o sztuce i analizy wierszy, Norweg niespodziewanie dochodzi do Hitlera. Próbuje analizować jego dzieciństwo i dowieść, że zło nie siedziało w nim od początku, tylko stało się pochodną jego doświadczeń. Powołuje się przy tym na kilka prac naukowych i wspomnienia przyjaciela Hitlera, jednak ich wartość historyczna jest dość wątpliwa. Nie twierdzę, że Knausgard podejmuje próbę wybielenia Hitlera, czy wytłumaczenia jego motywacji, ale niektóre wątki są nieco zaskakujące. Kilka razy miałem wrażenie, jakby efektowne tezy zaproponowane przez autora utonęły potem w toku jego rozmyślań, tak jakby sam się zapętlił i zgubił główną myśl. Norweską wersją Arendt czy Sontag to on nie zostanie.

Najbardziej zszokowało mnie w tym eseju co innego – nie wiem na ile do końca jest to świadome, ale odniosłem kilka razy wrażenie, że Knausgard próbuje przeprowadzić paralelę między życiorysem Hitlera, a swoim! Źródłem wszelkiego zła w przypadku Hitlera ma być jego ojciec, podobnie jak u Knausgarda. Obaj byli chorobliwie nieśmiali i brakowało im odwagi w stosunku do kobiet. Hitler w związku ze swoimi zawodami miłosnymi rozważał samobójstwo, a pewnie większość z nas pamięta, że w jednym z tomów Knausgard opisywał, jak z tego samego powodu pociął sobie twarz. Może te zbieżności są przypadkowe, może w ten sposób Norweg chciał umotywować i tytuł swojej powieści i pojawienie się w niej eseju tak bardzo niezwiązanego z tematem. Odważna, ale i trochę chybiona próba.

O porażce Knausgarda jako eseisty świadczy jednak przede wszystkim co innego. W 2011 roku gdy ukazywał się szósty tom „Mojej walki”, a więc jedynie 8 lat temu, przekonywał, że duch nazizmu i totalitaryzmu na dobre opuścił nasz świat. Młodzi ludzie mieliby najpierw popukać się w głowę, a potem wybuchnąć śmiechem na myśl, że mieliby iść na front i strzelać w obronie własnego kraju. Podobnie nie dowierza Knausgard w to, że ktoś mógłby kwestionować demokrację liberalną i jej zdobycze. Jak dziś wygląda Europa i jakie postawy są modne, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Do „przestrzelenia” w tej kwestii przyznaje się zresztą sam autor, który w wywiadzie dla Gazety Wyborczej odniósł się do tego tematu.

Jestem jednak przekonany, że do tej próby eseistycznej Knausgarda należy podejść z szacunkiem. Nie tyle za rezultat, co za próbę, bo rzadko się zdarza, żeby ktoś w ten sposób urozmaicał powieść. Dodając esej poświęcony Hitlerowi, Knausgard próbował podnieść rangę swojego pisarstwa, wnieść je na wyższy poziom. Być może nie do końca mu się to udało, ale ten tekst bez wątpienia wart jest lektury i namysłu. Tak jak i cały szósty tom „Mojej walki”. To kawał literatury i jestem przekonany, że przyszłe pokolenia będą mówiły o Knausgardzie jako o klasyku, który wytyczył innym zupełnie nowe ścieżki. Zakład?

DO SŁUCHANIA:

Pink Freud – Punkfreud Army

Proza Knausgarda nieodmiennie kojarzy mi się z punkiem. Pewnie trochę przez to jakiej muzyki słuchał w młodości sam Knausgard i czemu dawał często wyraz w książkach – każda z nich jest przesycona muzyką, która jest integralną częścią opowieści. Dlatego podczas lektury to punk był tą muzyką, po którą sięgałem najczęściej. Zwłaszcza, że niedawno ukazała się tak świetna płyta jak ta Pink Freud.

To wyjątkowe wydawnictwo, bo grupa Wojtka Mazolewskiego oddaje hołd legendom polskiego punka wykonując ich utwory, przy ich udziale. Występ to koncertowy i utrwalony na CD. Dzięki temu możemy posłuchać chociażby takiego hitu jak „Spytaj milicjanta” z udziałem Roberta Matery. Pojawiają się też Tomek Lipiński czy Robert Brylewski. Sama śmietanka! Nic dziwnego, że płyta brzmi świetnie, dynamicznie i świeżo. A weterani polskiego punka pokazują, że gdy trzeba, wciąż potrafią naostrzyć kły.

K. O. Knausgard, Moja walka. Księga 6, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *