Makis Tsitas – Bóg mi świadkiem [RECENZJA]
Kwiecień 23, 2018
Premiery miesiąca – Odcinek 9. Maj
Maj 1, 2018

Magdalena Grzebałkowska – Komeda. Osobiste życie jazzu [RECENZJA]

Napisać biografię osoby niezwykle skrytej, to wyzwanie. Napisać o niej prawie 500 stron zapełnionych fascynującą historią, wieloma ciekawostkami i nieznanymi dotąd faktami, to już robota mistrzowska. Panie i Panowie, przedstawiam mój typ do tytułu biografii roku – “Komeda. Osobiste życie jazzu” Magdaleny Grzebałkowskiej.

Magdalena Grzebałkowska, fot. Agnieszka Traczewska/Wydawnictwo Znak

Pierwsze informacje o tej książce, pierwsze plotki, że Grzebałkowska coś przy Komedzie kombinuje, datuje się już na 2015 rok. Już wtedy ogłaszała, że szuka kontaktów, informacji, archiwaliów. Blisko trzy lata temu zaczął się proces, który krętymi drogami doprowadził do publikacji biografii Krzysztofa Komedy Trzcińskiego.

Wydawać by się mogło, że biografia słynnego jazzmana, niespełnionej nadziei Hollywood będzie pisała się sama. Przecież o kimś tak znanym i szanowanym na pewno znajdzie się dużo wspomnień i materiałów. Nic bardziej mylnego. Komeda był człowiekiem niezwykle nieśmiałym, skrytym i wycofanym. O sobie nie mówił prawie nic, nie zwierzał się, nie lubił brylować. Był za to świetnym słuchaczem. Potrafił skłonić do opowieści każdego, poświęcając mu maksimum uwagi – sprawiał wrażenie jakby słuchał całym sobą. Pewnie dlatego wszyscy w zasadzie rozmówcy Grzebałkowskiej mają z Komedą wspomnienia podobne. Wspominają go jako spokojnego artystę, który zamiast strzępić język, wolał wyrażać się poprzez muzykę. Nie lubił też marnować czasu na rozwlekłe korespondencje. Jeśli już pisał, to krótkie notki albo pocztówki z podróży, najczęściej do rodziców. Sportretowanie takiego bohatera okazało się zadaniem trudnym, z którym jednak czołowa polska reporterka poradziła sobie śpiewająco.

Trzy lata pracy widać i czuć na każdej ze stron książki. Grzebałkowska starała się z każdego rozmówcy wyciągnąć tak dużo jak tylko się dało, wszelkie smaczki i niespodzianki. Przyznać trzeba też, że rozmawiała z prawdziwą śmietanką polskiego świata sztuki. Przewijają się postaci Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Jerzego Skolimowskiego, Michała Urbaniaka, Andrzeja Trzaskowskiego czy Romana Polańskiego. Pojawiają się wątki dotąd nieznane, w większości niezwykle fascynujące. Dość powiedzieć, że prawdopodobnie po raz pierwszy i ostatni do romansu z Komedą przyznała się pewna popularna, a młodziutka wtedy aktorka. To właśnie Grzebałkowskiej po raz pierwszy przedstawiono też nieco inny przebieg tragicznego w skutkach wypadku Komedy. Nie byłoby jednak tego, gdyby nie jej opór i niezachwiana wiara w to, że o Komedzie da się wygrzebać więcej niż ktokolwiek myśli. Gdy pojechała jego śladami do Los Angeles to nie cofnęła się nawet przed wyjmowaniem obcym ludziom listów ze skrzynki, żeby sprawdzić kto mieszka w domu wynajmowanym kiedyś przez polskiego muzyka.

Oprócz tych zaskoczeń większych, jest też sporo smaczków, które budują niesamowity klimat opowieści. Okazuje się bowiem, że Komeda, ten sam, który jawił się jako wiecznie zamyślony i powolny, był całkiem biegły w sztuce autokreacji. Przez kilka lat umiejętnie działał na dwa fronty, będąc jednocześnie lekarzem i muzykiem, a dla większego prestiżu zaczął nosić okulary-zerówki. Geneza jego pseudonimu świadczy natomiast o dużym poczuciu humoru i dystansie do siebie.

Bo Komeda, choć wycofany, potrafił być dowcipny. Bardzo inteligentny i wrażliwy, przyciągał do siebie innych, fascynował ich. Wielu z jego przyjaciół i muzycznych towarzyszy dałoby wiele, żeby móc być w jego pobliżu, poczuć jego aurę. Jerzy Milian, zmarły niedawno wybitny wibrafonista, zaczął grać na wibrafonie tylko dlatego, że poprosił go o to Komeda.

Krzysztof Komeda i Marek Hłasko/Los Angeles

Pozorna nieporadność Trzcińskiego sprawiała też, że w wielu ludziach budził instynkty opiekuńcze. Trochę chyba w ten sposób zaczął się jego związek z późniejszą żoną – Zofią. Osobowością niezwykle interesującą, prężną menadżerką i sprawną organizatorką, która miała też jednak zapędy iście dyktatorskie. Wielu przyjaciół Krzysztofa nie mogło jej znieść, toczyła wieczne spory z największym przyjacielem męża, czyli Romanem Polańskim. Jej despotyczne uosobienie to dokładne zaprzeczenie Komedy (swoją drogą, czy to nie pewnego rodzaju “prototyp” Yoko Ono?). W pewnym momencie dał się jej całkowicie podporządkować, a jego samotny wyjazd do USA był nie tylko próbą zrobienia kariery, ale też odcięcia się od wpływów żony. Choć sytuacja nie należała do łatwych, to dla autorki biografii stanowi ważny punkt zaczepienia. Grzebałkowska nie ucieka zresztą od trudnych tematów, więc obok wydarzeń zabawnych czy inspirujących, śmiało wchodzi w środek dramatów. Patologiczne uzależnienie wybitnego muzyka od żony z pewnością trzeba w takich kategoriach rozpatrywać. Autorka udowodniła już jednak nie raz, że im trudniejszy i bardziej kontrowersyjny temat, tym bardziej można na niej polegać.

Świetnie radzi też sobie z przedstawieniem całego spektrum wydarzeń kulturalnych, w którego centrum znalazł się Komeda i których to wydarzeń był niewątpliwie motorem napędowym. Świat polskiego jazzu w latach 50. XX wieku dopiero kiełkował, stawiając pierwsze, nieśmiałe kroki w poprzek oczekiwań “przywódców narodu” z PZPR. Choć nigdy nie był muzyką oficjalnie zakazaną, to przez wiele lat granie i słuchanie jazzu było w bardzo złym tonie. Postrzegany był jako muzyka, która nie spełnia podstawowych wymagań stawianych sztuce przez socjalistycznych dygnitarzy. W takich warunkach dojrzewał jako muzyk Komeda (i pracował jako laryngolog) i całe jego pokolenie, które położyło podwaliny pod polską scenę jazzową. Przez jego zespół przewinęli się wszyscy wielcy polskiego jazzu, z Ptaszynem Wróblewskim, Milianem, Stańką czy Urbaniakiem na czele. Dla tych ludzi jazz był czymś więcej niż muzyką. Był stylem życia i jego sensem, jedyną namiastką wolności, jaką mogli w tych czasach dostać. Nie powinna więc dziwić wyczuwalna na każdej niemal karcie książki fascynacja tym środowiskiem. Grzebałkowska, jak przyznała, nie była biegła w historii jazzu, odkrywała ją wraz z pracami nad biografią. Jako olbrzymi plus traktuję to, że nie próbowała być na siłę wstrzemięźliwa. Zresztą trudno o chłodne i racjonalne podejście, gdy ma się do czynienia z fenomenem kulturowym i społecznym pod postacią np. festiwalu jazzowego w Sopocie. Tam powstawały fundamenty polskiego jazzu, tam wykuwała się pozycja Komedy i tam po raz pierwszy zaobserwowano, że festiwal muzyczny może być naprawdę wielkim wydarzeniem, przełomowym dla całego pokolenia.

A w tym wszystkim on – skromny, niepozorny i niezwykle utalentowany muzyk i kompozytor. Człowiek, o którym za kilkanaście lat usłyszy cały świat, a jego “Kołysanka” z filmu “Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego będzie radiowym hitem w USA. Trudno o bardziej inspirującą i przejmującą (za sprawą finału) historię. W biografii Komedy jest wszystko, czego czytelnik powinien oczekiwać: piękna, prawdziwa historia, mnóstwo anegdot, nowych faktów i zdjęć. W połączeniu ze świetnym piórem Grzebałkowskiej daje to przepis na jedną z lepszych biografii muzycznych jaką czytałem. Do lektury, moi drodzy, tej książki nie wypada nie znać!

PS. Ciekawe, jak Komeda poradziłby sobie w dzisiejszych czasach, przesyconych kulturą autopromocji, wszechobecnych selfie i produkowanej taśmowo tandetnej muzyki. Wydaje mi się, że miałby spory problem, żeby na dłużej zaistnieć w środowisku muzycznym. Jak sądzicie?

DO SŁUCHANIA:

Krzysztof Komeda Quintet – Astigmatic

Wybór być może oczywisty, ale jeśli ktoś nie miał do czynienia z twórczością Komedy, to na początek jest to pozycja obowiązkowa. Wydana w 1966 roku w serii Polish jazz do dziś uchodzi za płytę doskonałą, jedną z najważniejszych w historii polskiego jazzu. Nagrywana w szalonych warunkach okazała się być wizytówką Komedy na lata.

Wyjątkową muzykę (trzy utwory: “Astigmatic”, “Kattorna” i “Svantetic”), wykonywaną przez najwyższej próby zespół (oprócz Komedy na płycie zagrali m.in. Zbigniew Namysłowski i Tomasz Stańko) uzupełnia świetna okładka. Zaprojektowana przez Rosława Szaybo, wykorzystująca zdjęcie autorstwa Marka Karewicza, robi wrażenie nawet dziś.

Dopiero po przesłuchaniu “Astigmatic” polecam zająć się innymi wydawnictwami z muzyką Komedy. A tymi obrodziło w ostatnim czasie, więc jest  w czym wybierać!

M. Grzebałkowska, Komeda. Osobiste życie jazzu, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *