Premiery miesiąca. Odcinek 11 – Lipiec
Czerwiec 29, 2018
Walt Whitman – Życie i przygody Jacka Engle’a [RECENZJA]
Lipiec 28, 2018

Wielu z nas nie wyobraża sobie letniego wypoczynku bez kryminału – lektury nieco bardziej rozrywkowej, dobrze czytającej się chociażby w podróży. Znalezienie dobrego tytułu, który szybko nie rozczaruje, to jednak duża sztuka. Dlatego opowiem dziś o dwóch książkach z kryminalnym zacięciem od Wydawnictwa Literackiego, jakie trafiły ostatnio w moje ręce: “Sześć cztery” Hideo Yokoyamy i “Siódmej funkcji języka” Laurenta Bineta.

Dzieli je niemal wszystko, łączy tak naprawdę tylko kryminalna otoczka fabularna i duża objętość. Choć tak różne, mogą być świetną propozycją dla fanów kryminałów i sensacji nieoczywistych, zawierających w sobie jakieś dodatkowe smaczki. “Sześć cztery” to typowy bestseller, okrzyknięty szybko po premierze “japońskim Millenium” i przetłumaczony na wiele języków. Powieść Bineta to coś z zupełnie drugiego bieguna – choć kryminalna, to osadzona w hermetycznym środowisku semiologów, pełna mrugnięć okiem i żartów dla tzw. “zorientowanych”. Co ciekawe, Binet przegrał w tym roku rywalizację o nagrodę Bookera z Olgą Tokarczuk!

Laurent Binet

Choć oczywiście kibicowałem w tym pojedynku polskiej autorce, to nie sposób nie docenić kunsztu Bineta i nie zauważyć walorów jego historii. Pod płaszczykiem kryminalnej intrygi pozwolił sobie bowiem na wiele żartów z francuskiego środowiska naukowego i sprawił, że na wiele pomnikowych postaci trzeba spojrzeć zupełnie na nowo. Zacznijmy od tego, że nic nie jest takie, jakie się wydaje. Roland Barthes, wybitny francuski semiotyk, zgodnie z oficjalną wersją zmarł w wyniku ran, jakie odniósł po potrąceniu przez ciężarówkę. Taką wersję historii znamy. Binet wokół tego wydarzenia buduje jednak piętrową intrygę, która sprowadza się do walki o sumienia i umysły ludzi na całym świecie.

Zaraz, zaraz, można powiedzieć. Co może mieć wspólnego semiotyk, naukowiec, wykładowca akademicki z kontrolowaniem społeczeństwa? Otóż więcej niż ktokolwiek z nas mógłby przypuszczać! Okazuje się bowiem, że Barthes to tylko wierzchołek góry lodowej wielkiego spisku semiotyków i filozofów, który ma na celu przejęcie kontroli nad dokumentem znanym jako “Siódma funkcja języka”. Ten, kto go pozna i będzie umiał zastosować w praktyce, zyska wielką przewagę nad innymi. Dlatego “Siódma funkcja…” stała się łakomym kąskiem nie tylko dla naukowców, ale przede wszystkim dla polityków. W końcu kampania wyborcza rozkręca się w najlepsze, więc kiedy wyciągnąć asa z rękawa, jeśli nie teraz?

Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że nie jest to zbyt porywający materiał na książkę. Jacyś naukowcy, jakieś ich nudne akademickie spiski, kto to w ogóle ten Barthes i co to za semiologia. Założyć się mogę, że wielu z czytelników zada sobie takie pytania, gdy usłyszy o książce Bineta. Gdy jednak da się jej szansę, to szybko można się przekonać, że mamy do czynienia z naprawdę dobrze skonstruowanym i niesztampowym kryminałem! W dodatku można ją czytać tak naprawdę na dwa sposoby: w całości, ze wszystkimi semiologicznymi wtrętami i akademickimi wykładami powplatanymi w fabułę, albo pomijając je i ciesząc się samą intrygą. Nie ukrywam, że wybrałem pierwszą metodę – dopiero wtedy lektura daje największą przyjemność, ale pod warunkiem, że oczekujecie od książki czegoś więcej niż rozrywki. Ja się kilku ciekawych rzeczy dowiedziałem.

Wielką przyjemnością jest też obserwowanie, jak rozwijają się postaci. Świetny jest zwłaszcza duet głównych bohaterów, odgrywających typowe role mistrz-uczeń. I o ile postać komisarza Bayarda nie zadziwia jakoś szczególnie, to metamorfoza młodego Simona potrafi niejeden raz wywołać uśmiech na czytelniczej twarzy. Obok nich widzimy całą plejadę fantastycznych postaci drugoplanowych, wśród których prym wiodą takie tuzy jak Michel Foucault, Umberto Eco, Jaques Derrida czy Julia Kristeva. Większości z nich przypadły role mniej lub bardziej czarnych charakterów, więc niejeden miłośnik ich twórczości może się mocno zdziwić. I o to chodzi!

Hideo Yokoyama

Na zupełnie innych podstawach oparte zostały założenia powieści “Sześć cztery” Hideo Yokoyamy. Mamy tu do czynienia z dużo bardziej klasyczną powieścią sensacyjną z elementami kryminału, ale osadzoną w bardzo ciekawych i mało do tej pory wyeksploatowanych rynkach europejskich realiach japońskich. Nie bez powodu książka Yokoyamy określana jest mianem “japońskiego Millenium”. Podobnie jak trylogia Stiega Larssona może się pochwalić bardzo dużą objętością i… przegadaniem.

Przyznaję, twórczość Larssona nie jest mi bliska, skończyłem jeden tom i połowę kolejnego, po czym podziękowałem mu za współpracę – zwyczajnie mnie to znudziło i jak na powieść sensacyjną, za mało trzymało w napięciu. Miałem wrażenie, że dużą liczbą słów próbuje się przykryć niedostatki fabularne. Dlatego do “Sześć cztery” podchodziłem bardzo nieufnie. Pierwsze strony powieści tylko mnie w tym utwierdzały – akcja była przegadana, maksymalnie rozciągnięta, miałem wrażenie, że autor celowo opóźnia “odpalenie” różnych wątków. Choć stopniowo wszystko nabiera rumieńców, a ostatnie 150-200 stron to już nieźle rozpędzony rollercoaster, to i tak przez większość książki nie dzieje się aż tyle, co by mogło uzasadniać jej objętość.

Czym w takim razie Yokoyama uwiódł czytelników? Wydaje się, że podobnie jak Larsson, wygrywa ciekawie pokazanym tłem społecznym i politycznym, w tym przypadku Japonii. Prawdopodobnie zwłaszcza poza Azją może to być szczególnie atrakcyjne dla czytelników. Przy okazji głównej intrygi (która jest dość skomplikowana i lepiej poznawać ją samemu, więc oszczędzę Wam skrótów. Wiedzieć teraz wypada, że rzecz dotyczy pewnego tajemniczego porwania sprzed lat.) wyróżnia się bardzo ciekawie zarysowana kwestia stosunków prasy ze służbami mundurowymi. Sytuacje, które w krajach europejskich czy USA byłyby nie do pomyślenia, tutaj są na porządku dziennym.

Szokujące dla czytelnika może być też nagromadzenie postaci drugoplanowych i niejasna struktura organizacyjna policji japońskiej. Ilość osób, z którymi spotyka się Mikami, czyli główny bohater powieści, może przyprawić o zawrót głowy. Nawałnica byłych dyrektorów, komisarzy, szefów różnych sekcji połączona z nawałnicą postaci zajmujących te stanowiska aktualnie, jest naprawdę trudna do przyswojenia. Trochę pomaga rozpisana na wewnętrznej okładce sieć zależności, ale i tak łatwo nie jest. Orientacji nie ułatwiają imiona bohaterów – rzecz pewnie trzeciorzędna dla Azjatów, ale dla mnie przyzwyczajenie się do rozróżniania Mikamo, Mikumi i Minako było dość wymagające. Szczęście w nieszczęściu, że akcja na początku nie porażała tempem.

Załóżmy jednak, że są to przeciwności, którym da radę czytelnik spragniony dobrego kryminału. Czy zostanie nagrodzony za swoją cierpliwość? Miałemm tutaj pewne wątpliwości, wynikające być może z mojego krytycznego stosunku do “Millenium”, z którym “Sześć Cztery” ma naprawdę sporo wspólnego. Przebolawszy jednak i to, muszę przyznać, że główna intryga jest poprowadzona naprawdę ciekawie i co najważniejsze – zaskakująco. Konia z rzędem temu, kto wcześniej rozwikła zagadkę i zorientuje się kto z kim i dlaczego. Pojawią się pewnie głosy o zbytnim przekombinowaniu historii, a zwłaszcza zakończenia, ale dla mnie było to przyjemną niespodzianką i argumentem za poleceniem tej książki. Mimo wielu mankamentów, bilans z jej lektury jest więcej niż dodatni.

Pewnie już się zorientowaliście, że w tym pojedynku kryminalnym moje serce zdobył Laurent Binet i jego zakręcona “Siódma funkcja języka”. Nie znaczy to jednak, że sugeruję poprzestanie na lekturze tylko jej. Zapewnia zupełnie inne wrażenia niż “Sześć cztery”, które zapewne usatysfakcjonuje dużą rzeszę miłośników rozbudowanej sensacji. Powieść Bineta jest jednak dużo bliższa mojej estetyce i zainteresowaniom, więcej w niej nieoczywistego humoru i zabaw z czytelnikami. Dzięki “Sześć cztery” można się z kolei dużo dowiedzieć o Japonii i jej kulturze, zupełnie odmiennej od tej, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ma na co czekać, książki w dłoń i na wakacje!

DO SŁUCHANIA:

Bokka – “Life on Planet B”

Były książki wakacyjne, czas na wakacyjną muzykę. Podobnie jak w przypadku lektur nie zamierzam Wam jednak podrzucać rzeczy łatwych, prostych i przyjemnych. W wakacje wcale nie należy odpuszczać muzyki nieco bardziej wymagającej!

Co nie znaczy oczywiście, że nie może ona być przebojowa. Właśnie taki jest najnowszy album tajemniczej grupy Bokka, która choć funkcjonuje na rynku już ładnych kilka lat, do tej pory nie ujawniła tożsamości swoich członków. Można się spierać, czy to dobrze czy źle, dla mnie jednak nie ma to znaczenia tak długo, jak długo dostarczać będą znakomitą muzykę.

A “Life on Planet B” to z całą pewnością ich kolejne udane dziecko. Twórczo rozwija wątki znane z poprzednich płyt, dodając do nich trochę nowości i nieco więcej przebojowości. Wyróżniają się kawałki “Forgive me” czy “Paper Fuse”, wobec których ciężko przejść obojętnie. Sprawdźcie sami i nie zapomnijcie zabrać tej płyty na wakacje razem z dobrymi książkami!

L. Binet, Siódma funkcja języka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

H. Yokoyama, Sześć cztery, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *